Amputacja nogi po sanatorium. Co wydarzyło się w Busku-Zdroju?

2026-01-14 10:21

69-letni pan Dariusz z Warszawy, który udał się do sanatorium w Busku-Zdroju na rehabilitację kręgosłupa, przeżył prawdziwy koszmar. Zamiast poprawy, jego stan zdrowia drastycznie się pogorszył, prowadząc do konieczności amputacji nogi. Historia mężczyzny ujawnia łańcuch nieprawidłowości w opiece medycznej, począwszy od samego uzdrowiska, poprzez lekarza POZ, a na ratownikach medycznych kończąc. Sprawą zajmuje się Biuro Rzecznika Praw Pacjenta, co może prowadzić do dalszych konsekwencji. To bulwersujący przypadek wymagający wyjaśnienia. Odkryj szczegóły tej wstrząsającej historii i dowiedz się, kto może ponieść odpowiedzialność.

Na pierwszym planie, po prawej stronie kadru, stoi czarny wózek inwalidzki z metalowymi, srebrnymi kołami. Znajduje się on przy ścianie długiego, prostego korytarza, który biegnie w głąb obrazu. Korytarz ma jasnoszare ściany z ciemniejszymi listwami odbojowymi na wysokości połowy ściany oraz czarną listwą przypodłogową. Na suficie rozmieszczone są prostokątne, jasno świecące lampy, które tworzą rząd malejących punktów w perspektywie, a ich odbicia widoczne są na lśniącej, ciemnoszarej posadzce. Po obu stronach korytarza widoczne są ciemne drzwi, również malejące w oddali, potęgując wrażenie głębi.

i

Autor: Redakcja Publicystyczna AI/ Wygenerowane przez AI Na pierwszym planie, po prawej stronie kadru, stoi czarny wózek inwalidzki z metalowymi, srebrnymi kołami. Znajduje się on przy ścianie długiego, prostego korytarza, który biegnie w głąb obrazu. Korytarz ma jasnoszare ściany z ciemniejszymi listwami odbojowymi na wysokości połowy ściany oraz czarną listwą przypodłogową. Na suficie rozmieszczone są prostokątne, jasno świecące lampy, które tworzą rząd malejących punktów w perspektywie, a ich odbicia widoczne są na lśniącej, ciemnoszarej posadzce. Po obu stronach korytarza widoczne są ciemne drzwi, również malejące w oddali, potęgując wrażenie głębi.

Nieoczekiwane pogorszenie zdrowia w sanatorium

Pan Dariusz, 69-letni mieszkaniec Warszawy, cierpiący na schorzenia serca, w tym wszczepiony kardiowerter oraz choroby naczyń, na początku grudnia udał się do sanatorium w Busku-Zdroju. Celem trzydniowego turnusu była rehabilitacja kręgosłupa. Niestety, zamiast oczekiwanej poprawy, jego stan zdrowia uległ drastycznemu pogorszeniu, co opisał w programie „Interwencja”.

Po około pięciu dniach pobytu w uzdrowisku mężczyzna zaczął odczuwać silny ból nogi, któremu towarzyszyła wysoka gorączka. Na jego kończynie pojawiły się niepokojące bąble, przypominające rozległe oparzenia. W związku z tymi objawami pacjent został przyjęty do miejscowego szpitala, gdzie miał otrzymać specjalistyczną pomoc.

"Po pięciu chyba dniach zaczęła mnie boleć noga i pojawiła się gorączka" - mówi pan Dariusz w rozmowie z reporterem programu Telewizji Polsat.

Brak należytej opieki medycznej?

Mimo kilkutygodniowego pobytu w szpitalu w Busku-Zdroju, pan Dariusz twierdzi, że nie otrzymał tam odpowiedniej pomocy. Zamiast leczenia, rany na jego nodze były jedynie bandażowane, a pękające bąble nie doczekały się właściwej interwencji medycznej. Podawano mu jedynie leki przeciwbólowe, co budzi poważne wątpliwości.

Pacjent podkreślał także błędy w dokumentacji medycznej. W wypisie ze szpitala lekarz miał odnotować przyjęcie pacjenta z powodu bólu prawej nogi, podczas gdy problem dotyczył kończyny lewej. Co więcej, lekarz miał zignorować widoczne, rozległe rany, co znacząco utrudniło dalszą diagnostykę i leczenie.

"Nic z tym nie robili, tylko zawinęli i te bąble po paru dniach zaczęły pękać. Cały czas je zawijali, przeciwbólowe mi dawali, siedziałem tam dwa tygodnie. Tamten lekarz ostatni napisał, że na ból nogi jestem przyjęty, a widział wielkie rany. W dodatku mam chorą lewą nogę, a doktor w wypisie napisał, że to prawa" - żali się reporterowi 69-latek.

Zaniedbania po powrocie do domu

Po powrocie do domu 30 grudnia, pan Dariusz niezwłocznie skontaktował się z przychodnią rejonową, aby umówić wizytę domową. Lekarz pojawił się dopiero następnego dnia wieczorem, około godziny 20:00. Nie zdjął bandaża z nogi, jedynie stwierdził, że wypisze skierowanie do szpitala i zleci wizytę pielęgniarki środowiskowej.

2 stycznia, czyli dwa dni po wizycie lekarza, pielęgniarka nie pojawiła się w domu pacjenta. Okazało się, że lekarz zapomniał wprowadzić zlecenie do systemu, co uniemożliwiło jej wykonanie obowiązków. Noga pana Dariusza nie była oglądana ani opatrywana przez cztery dni od powrotu ze szpitala, co drastycznie pogorszyło stan rany.

"Doktor przyszedł około 20:00. Nie zdejmując bandaża z nogi powiedział, że dobrze, wypisze skierowanie do szpitala i zleci przyjście pielęgniarki. I na tym się skończyła wizyta. 2 stycznia miała pojawić się pielęgniarka, nie przyszła, bo pan doktor zapomniał wrzucić ją w system, wysłać zlecenie, więc pielęgniarka nie wiedziała o tym, że ma przyjść" – wyjaśnia w programie „Interwencja” Marzena Cegiełka, znajoma pana Dariusza.

Ratownicy odmawiają transportu. Dlaczego?

Tego samego dnia, 2 stycznia po południu, powiadomiony ponownie lekarz z rejonu wypisał skierowanie do szpitala i sam wezwał pogotowie ratunkowe. Przybyli na miejsce ratownicy medyczni jednak odmówili zabrania 69-latka do placówki, a także nie zmienili mu opatrunku na nodze, twierdząc, że ich interwencja była nieuzasadniona.

Ratownicy argumentowali, że lekarz wezwał ich z powodu krwawienia, którego nie stwierdzili, a jedynie potrzebna była zmiana opatrunku. Ocenili również, że stan pana Dariusza nie zagrażał bezpośrednio jego życiu, co zadecydowało o braku transportu do szpitala i pozostawieniu pacjenta w domu bez specjalistycznej pomocy.

Ratownicy medyczni nie zabrali jednak mężczyzny do szpitala. Nie zmienili mu również opatrunku! Twierdzili, że wezwani było nieuzasadnione, ponieważ „lekarz wezwał do krwawienia, tutaj nie ma krwawienia, tutaj wymagana jest zmiana opatrunku tylko”, co więcej, jak ocenili stan pana Dariusza, nie zagrażał jego życiu.

Martwica i amputacja. Czy można było zapobiec?

Kolejny telefon do lekarza Podstawowej Opieki Zdrowotnej zaowocował przyjazdem pielęgniarza po godzinie 20:00. Dopiero on, po czterech dniach, odwinął bandaże i dokonał oględzin rany na nodze mężczyzny. Widok stanu kończyny był na tyle alarmujący, że pielęgniarz natychmiast wezwał lekarza do domu pacjenta.

Diagnoza postawiona przez lekarza była jednoznaczna i druzgocąca: stwierdzono martwicę tkanek. Tego samego dnia pan Dariusz został natychmiast przewieziony do szpitala. Niestety, na skuteczną interwencję ratującą kończynę było już za późno. Lekarze podjęli decyzję o amputacji nogi, co jest dramatycznym finałem tej historii.

Rzecznik Praw Pacjenta bada sprawę

Sprawą pana Dariusza i amputacji nogi po sanatorium w Busku-Zdroju zajęło się Biuro Rzecznika Praw Pacjenta. Urszula Rygowska-Nastulak z Biura Rzecznika zapowiedziała dokładne sprawdzenie, czy pacjent został odpowiednio zakwalifikowany do turnusu w uzdrowisku i czy wszystkie przeprowadzone zabiegi były adekwatne do jego stanu chorobowego.

Zapowiedziano także analizę działań personelu szpitala w Busku-Zdroju, lekarza POZ oraz ratowników medycznych. Istnieje możliwość, że sprawa zostanie również przekazana do prokuratury. Celem jest ustalenie odpowiedzialności za łańcuch zaniedbań, który doprowadził do tak poważnych konsekwencji zdrowotnych dla 69-latka.

"Wszystko zaczęło się od uzdrowiska w Busko-Zdroju. Chcemy sprawdzić, czy pacjent został odpowiednio zakwalifikowany, i czy te wszystkie zabiegi, które odbywał, były właściwe z uwagi na jego stan chorobowy" - przekazała Urszula Rygowska-Nastulak z Biura Rzecznika Praw Pacjenta reporterowi „Interwencji”.

Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.