Dramat w Limanowej. Szpitale odmawiały pomocy 12-latce zatrutej czadem, co dalej?

2026-01-10 14:40

Wstrząsające wydarzenia w Limanowej, gdzie 12-letnia dziewczynka otarła się o śmierć po zatruciu czadem z nieszczelnego piecyka gazowego. Mimo bezpośredniego zagrożenia życia, krakowskie szpitale dziecięce konsekwentnie odmawiały przyjęcia pacjentki, zmuszając ją do wyczerpujących podróży. Sprawa budzi ogromne kontrowersje, a interwencja Narodowego Funduszu Zdrowia może przynieść zaskakujące rozstrzygnięcia, rzucając światło na systemowe luki.

Ciemne, uchylone drzwi z czarną klamką i zamkiem ukazują fragment jasno oświetlonego pomieszczenia po prawej stronie. Promień światła rzuca ukośny cień na podłogę w ciemnym wnętrzu po lewej, tworząc wyraźny kontrast między ciemnością a jasnością. Tekstura drewna jest widoczna na powierzchni drzwi.

i

Autor: Redakcja Informacyjna AI/ Wygenerowane przez AI Ciemne, uchylone drzwi z czarną klamką i zamkiem ukazują fragment jasno oświetlonego pomieszczenia po prawej stronie. Promień światła rzuca ukośny cień na podłogę w ciemnym wnętrzu po lewej, tworząc wyraźny kontrast między ciemnością a jasnością. Tekstura drewna jest widoczna na powierzchni drzwi.

Walka o życie dziecka

Zdarzenie w Limanowej to kolejny przykład, jak niewidzialny wróg, jakim jest tlenek węgla, potrafi w mgnieniu oka zamienić zwykłą kąpiel w dramatyczną walkę o życie. 12-letnia dziewczynka, zaledwie podczas codziennej higieny, została narażona na śmiertelną dawkę czadu wydobywającego się z nieszczelnego piecyka gazowego. Stan małej pacjentki był na tyle poważny, że ratownicy medyczni musieli działać natychmiast, a diagnoza lekarzy z Limanowej nie pozostawiała złudzeń co do zagrożenia.

Badania krwi wykazały u dziecka niepokojący poziom 45 proc. tlenkowęglowej hemoglobiny, co według medyków jest wartością ekstremalnie wysoką i bezpośrednio zagraża życiu. Takie zatrucie wymagało natychmiastowej, specjalistycznej interwencji, a przede wszystkim terapii w komorze hiperbarycznej, która w takich przypadkach jest jedyną nadzieją na odwrócenie skutków działania toksyny. Dramat pogłębiał się z każdą godziną, a lekarze z Limanowej stanęli przed ogromnym wyzwaniem.

"U pacjentki badania wykazały 45 proc. tlenkowęglowej hemoglobiny we krwi. Jest to poziom bardzo wysoki, dziewczynka znajdowała się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia" – zaznaczył w rozmowie z Onetem Andrzej Gwiazdowski, zastępca dyrektora ds. medycznych Szpitala Powiatowego w Limanowe.

Szpitalne perypetie

Mimo krytycznego stanu, próby umieszczenia 12-latki w placówce zdolnej zapewnić kompleksową opiekę medyczną okazały się istną drogą przez mękę. Pierwszy kontakt nawiązano ze Szpitalem im. Ludwika Rydygiera w Krakowie, który dysponuje niezbędną komorą hiperbaryczną. Paradoksalnie jednak, placówka ta nie posiada oddziału dziecięcego, co wykluczało stały pobyt młodej pacjentki i skazywało ją na kilkudniowe dojazdy.

Przez kolejne trzy dni karetka przewoziła dziewczynkę 70 kilometrów w jedną stronę, aby mogła odbyć kilkugodzinne sesje terapii hiperbarycznej. Każdy powrót na oddział pediatrii w Limanowej był kolejnym świadectwem niewydolności systemu, a śnieżna aura w Małopolsce tylko potęgowała ryzyko i trudności transportu. Taka odyseja medyczna dla dziecka w stanie zagrożenia życia jest trudna do zaakceptowania w XXI wieku.

Odmowy przyjęcia pacjentki

Dyrektor limanowskiego szpitala wielokrotnie zwracał się do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu – placówki o wyższej referencyjności, z szerszą diagnostyką i wyspecjalizowanym personelem. Co kluczowe, odległość do komory hiperbarycznej z Prokocimia to zaledwie 13 kilometrów. Niestety, w odpowiedziach ze wszystkich prób kontaktu słyszeli ciągłe odmowy, rzekomo z powodu braku miejsc.

Ta sytuacja rodzi pytanie o realną dostępność opieki zdrowotnej, zwłaszcza w kryzysowych momentach, gdy w grę wchodzi życie dziecka. Brak wolnych łóżek w tak kluczowych szpitalach dziecięcych to symptom poważnego problemu systemowego. Dyrektor Radzięta zapewnił, że jego zespół robił wszystko, aby uratować życie 12-latki, która szczęśliwie 7 stycznia została wypisana do domu.

"Prosiliśmy o miejsce w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym i na pewno także w dwóch innych szpitalach, które mają u siebie pediatrię. Wszędzie usłyszeliśmy, że nie ma miejsc" – powiedział Marcin Radzięta, dyrektor szpitala w Limanowej.

Interwencja NFZ

W obliczu tak dramatycznych wydarzeń, w sprawę zaangażował się Narodowy Fundusz Zdrowia. Małopolski oddział NFZ natychmiast wezwał do wyjaśnień szpital w Krakowie, ten sam, który przez trzy dni woził dziecko na leczenie, nie mogąc go przyjąć na stałe. Czekamy na ich stanowisko, które może rzucić nowe światło na całą sytuację i ukazać ewentualne zaniedbania, czy też faktyczne problemy z obłożeniem placówek.

Rzeczniczka małopolskiego NFZ, Aleksandra Kwiecień, podkreśliła, że pełne odniesienie do sprawy nastąpi dopiero po uzyskaniu wszystkich wymaganych wyjaśnień. To ważne, aby takie incydenty były transparentnie analizowane, a wnioski przekładały się na konkretne działania systemowe. Musimy mieć pewność, że w podobnych sytuacjach dzieci otrzymają pomoc bez zbędnych przeszkód i podróży, które w obliczu zagrożenia życia są niedopuszczalne.

Aleksandra Kwiecień, rzeczniczka małopolskiego NFZ, poinformowała, że oddział wezwał już szpital w Krakowie do wyjaśnień. "Szerzej odniesiemy się do sprawy po ich uzyskaniu" – powiedziała Kwiecień.

Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.