Katastrofa Heweliusza na Netflix. Jaki wstrząsający moment pokazano idealnie?

2026-01-12 13:03

Minęły 33 lata od tragicznej katastrofy promu Jan Heweliusz, która wstrząsnęła Bałtykiem. Wydarzenia z 14 stycznia 1993 roku powracają w głośnym miniserialu Netflixa, budząc na nowo emocje. Kapitan Marek Błuś, niezmordowany badacz tej tragedii, od 30 lat analizuje każdy szczegół. Ujawnia, że mimo fabularnego charakteru produkcji, jedna konkretna scena akcji ratunkowej została odtworzona z zaskakującą, dokumentalną precyzją, identycznie jak w rzeczywistości.

Szara, betonowa ściana pokryta jest licznymi pionowymi zaciekami o ciemniejszej barwie, niektóre z nich są grube i nieregularne, inne cienkie i proste, wszystkie sprawiają wrażenie śladów po wodzie lub innej cieczy. Dolna część ściany łączy się z poziomą, ciemną powierzchnią, na której widoczne jest intensywne, eliptyczne źródło światła w lewej, dolnej części kadru. Światło to odbija się w poziomej powierzchni, tworząc rozmyte lustrzane odbicie.

i

Autor: Redakcja Informacyjna AI/ Wygenerowane przez AI Szara, betonowa ściana pokryta jest licznymi pionowymi zaciekami o ciemniejszej barwie, niektóre z nich są grube i nieregularne, inne cienkie i proste, wszystkie sprawiają wrażenie śladów po wodzie lub innej cieczy. Dolna część ściany łączy się z poziomą, ciemną powierzchnią, na której widoczne jest intensywne, eliptyczne źródło światła w lewej, dolnej części kadru. Światło to odbija się w poziomej powierzchni, tworząc rozmyte lustrzane odbicie.

Powrót tragedii Heweliusza. Co wiemy z Netflixa?

Minęły 33 lata od momentu, gdy Bałtyk pochłonął prom Jan Heweliusz, a jednak pamięć o tej katastrofie nie blaknie. Najnowszy miniserial Netflixa ponownie wywołał falę dyskusji, przywracając do świadomości publicznej dramatyczne wydarzenia z 14 stycznia 1993 roku. Produkcja, choć fabularna, bazuje na bogatych aktach sprawy, co potwierdza kapitan żeglugi wielkiej Marek Błuś, ekspert badający tragedię od ponad trzech dekad.

Błuś, znany z bezkompromisowej analizy, podkreśla ogromną wiedzę twórców serialu na temat tamtych tragicznych wydarzeń. Jego ocena jest kluczowa dla zrozumienia, co w serialu jest odzwierciedleniem faktów, a co artystyczną licencją. Jest to o tyle istotne, że sam „Heweliusz” od lat budzi kontrowersje, oskarżany o błędy konstrukcyjne i zaniedbania, które zamieniły go w „pływającą pułapkę”.

Fakty czy fikcja? Kapitan Błuś ocenia sceny

W rozmowie z Adamem Daszewskim, kapitan Marek Błuś, który był honorowym członkiem Stowarzyszenia Rodzin Marynarzy Jana Heweliusza, poddał serial wnikliwej ocenie. Choć przyznaje, że wiele aspektów fabuły zostało uproszczonych lub wręcz wymyślonych, jak choćby scena nagłego obudzenia kapitana, to jedno zdarzenie wybija się na tle pozostałych. Mowa tu o najbardziej dramatycznym momencie akcji ratunkowej, związanym z próbą ocalenia członka załogi.

Zdaniem eksperta, ten konkretny fragment został odtworzony z niemalże dokumentalną precyzją, co jest rzadkością w produkcjach fabularnych. Jego analiza wskazuje na bezkompromisowe podejście twórców do odtworzenia najtragiczniejszych chwil, mimo ogólnego dążenia do uatrakcyjnienia fabuły. To właśnie ten szczegół nadaje serialowi wiarygodności w oczach badaczy katastrofy.

Czego uczy dramat akcji ratunkowej?

Akcja ratunkowa po zatonięciu Heweliusza była, jak to często bywa w tak ekstremalnych warunkach, chaotyczna i pełna tragicznych błędów, co potwierdza wielu ekspertów. Wśród tych, którzy nie przeżyli, znalazł się elektryk Andrzej Korzeniowski, którego los stał się symbolem tragicznych pomyłek i niedoskonałości systemu. Jego śmierć na morzu, w obliczu pomocy, porusza do dziś i stanowi jeden z najbardziej wstrząsających momentów całej tragedii.

Marek Błuś, omawiając wydarzenia na miejscu zdarzenia, wskazuje na jedną konkretną scenę filmową, która wyjątkowo wiernie oddaje te rzeczywiste zdarzenia. To właśnie moment związany z ratowaniem Korzeniowskiego przez niemiecki statek "Arcona" został uchwycony przez twórców serialu z niezwykłą dokładnością. To bolesne przypomnienie o tym, jak kruche jest ludzkie życie w starciu z bezlitosnym żywiołem i niedoskonałościami ludzkich działań.

"jest sceną, która jest dokładnie tak jeden do jeden w 100% odtworzona na filmie”

Śmierć elektryka Korzeniowskiego. Dlaczego tak wiernie?

Kapitan Marek Błuś nie pozostawia wątpliwości, gdy mówi o scenie ginącego pod kadłubem pierwszego elektryka, ratowanego ze statku "Arcona". Jak sam stwierdza, „jest sceną, która jest dokładnie tak jeden do jeden w 100% odtworzona na filmie”. Obraz, w którym człowiek „odpada” i „ginie pod kadłubem”, to wstrząsający fragment, który idealnie oddaje dramaturgię tamtych chwil, bez zbędnego fabularnego upiększania.

Ta dokumentalna precyzja, choć dotyczy zdarzenia pobocznego dla bezpośrednich przyczyn zatonięcia samego promu, jest niezwykle symboliczna. Podkreśla ona bowiem chaos i ogromne ryzyko, z jakim mierzyła się akcja ratunkowa prowadzona w ekstremalnych warunkach sztormu. To świadectwo tego, jak cienka była granica między życiem a śmiercią na wzburzonym Bałtyku i jak często ludzki błąd czy niedoskonałość sprzętu decydowały o losie. Serial „Heweliusz” dzięki takim detalom mocniej oddziałuje na widza.

Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.