Kraków. Wigilijny terror w bloku. Jak daleko posunął się w akcie szaleństwa?

2026-01-08 10:40

Mieszkańcy krakowskiego osiedla Kalinowego przeżyli prawdziwy horror w święta Bożego Narodzenia, kiedy ich sąsiad przez kilkanaście dni dewastował swoje mieszkanie oraz części wspólne bloku. Agresywne zachowanie mężczyzny terroryzowało lokatorów, prowadząc do licznych interwencji policji i jego hospitalizacji. Nadal jednak obawiają się o swoje bezpieczeństwo.

Ciemny korytarz oświetlony jest wąskim, pionowym pasem jasnego, żółtego światła wpadającego przez uchylone drzwi pośrodku kadru. Światło tworzy trójkątną smugę na podłodze, rozjaśniając jej lewą część. Drzwi są stare, z odłażącą farbą, i posiadają metalową klamkę oraz otwór na klucz. Po lewej stronie drzwi widoczny jest beżowy włącznik światła na ścianie, a po prawej dalsza część ciemnego korytarza.

i

Autor: Redakcja Informacyjna AI/ Wygenerowane przez AI Ciemny korytarz oświetlony jest wąskim, pionowym pasem jasnego, żółtego światła wpadającego przez uchylone drzwi pośrodku kadru. Światło tworzy trójkątną smugę na podłodze, rozjaśniając jej lewą część. Drzwi są stare, z odłażącą farbą, i posiadają metalową klamkę oraz otwór na klucz. Po lewej stronie drzwi widoczny jest beżowy włącznik światła na ścianie, a po prawej dalsza część ciemnego korytarza.

Świąteczny horror na osiedlu Kalinowym

Wigilijny wieczór na krakowskim osiedlu Kalinowym miał być czasem spokoju i rodzinnych spotkań, jednak dla mieszkańców bloku numer 14 okazał się początkiem prawdziwego koszmaru. Zamiast kolęd i świątecznej atmosfery, z jednego z mieszkań na czwartym piętrze zaczęły dobiegać dźwięki, które szybko przerosły zwykłe świąteczne przygotowania, zwiastując eskalację dramatycznych wydarzeń.

Głośna muzyka mieszała się z odgłosami walenia młotem, budząc niepokój i zdziwienie wśród sąsiadów, którzy z każdą chwilą uświadamiali sobie powagę sytuacji. To, co początkowo mogło wydawać się chwilowym wybrykiem, wkrótce przerodziło się w trwającą kilkanaście dni dewastację, która objęła nie tylko prywatne lokum, ale i wspólną przestrzeń mieszkalną.

"Wszystko zaczęło się przed wigilią. Ze środkowego mieszkania na czwartym piętrze popłynęła głośna muzyka, a zaraz potem odgłosy walenia młotem" – relacjonuje w rozmowie z „Super Expressem” pan Przemysław, jeden z lokatorów.

Jak wyglądała eskalacja agresji?

Początkowa agresja Marcina S. szybko wykroczyła poza granice jego czterech ścian, zamieniając klatkę schodową w istne pobojowisko, które z każdym dniem wyglądało coraz gorzej. Mężczyzna systematycznie niszczył wspólną przestrzeń, pozostawiając po sobie ślady, które budziły przerażenie i dezorientację wśród przechodzących mieszkańców.

Skala zniszczeń była zatrważająca: ściany pokryły się wulgarnymi napisami i czerwoną farbą, a korytarze zapełniły się gruzem i zniszczonymi elementami wyposażenia, w tym nawet muszlą klozetową. Porwane rury i zdewastowane instalacje potęgowały uczucie chaosu i bezsilności, pokazując, że sprawca nie oszczędzał niczego na swojej drodze destrukcji.

Dlaczego okna zostały zamalowane?

Jednym z najbardziej surrealistycznych aktów dewastacji było całkowite zamalowanie okien na całej klatce schodowej gipsem i tynkiem, co skutecznie odcięło dostęp światła dziennego. Ten kuriozalny krok pogłębił atmosferę strachu, czyniąc przemieszczanie się po budynku nie tylko nieprzyjemnym, ale i niebezpiecznym, a mieszkańcy musieli poruszać się po omacku w półmroku.

Zdesperowani lokatorzy wielokrotnie próbowali nawiązać kontakt z agresorem, lecz ich wysiłki kończyły się jedynie wyzwiskami i dalszą eskalacją wrogości. Brak możliwości normalnej komunikacji z Marcinem S. wzmacniał ich poczucie zagrożenia i bezradności wobec narastającego terroru w krakowskim bloku.

"On dosłownie je zakleił tym, nic przez nie nie widać. Każde tak załatwił aż do parteru" – opowiadają „Super Expressowi” sąsiedzi.

Co zagrażało życiu lokatorów?

Największym zmartwieniem mieszkańców nie była jedynie estetyka, ale realne zagrożenie dla życia, zwłaszcza w obliczu dewastacji dokonywanej w pobliżu instalacji gazowej. Obawa, że mężczyzna mógł doprowadzić do eksplozji, paraliżowała zwłaszcza starszych mieszkańców, którzy z niepokojem obserwowali jego nieobliczalne działania.

Co więcej, destrukcyjna furia Marcina S. nie ograniczała się wyłącznie do bloku; w drugi dzień świąt miał on słownie zaatakować wiernych i proboszcza pod lokalnym kościołem. To zdarzenie pokazało, że problem wykraczał poza kwestie sąsiedzkie i zyskiwał szerszy, niepokojący kontekst społeczny.

"Przecież on mógł nas wysadzić w powietrze! Skuł ściany obok instalacji gazowej, był agresywny, mógł nas pozabijać, tu mieszka dużo starszych osób" – mówiła dziennikarzom mieszkanka z parteru.

Kilkanaście interwencji policji bezskutecznych?

Mieszkańcy, szukając ratunku, wykonali ponad dwadzieścia telefonów na policję, co świadczy o skali ich desperacji i ciągłym poczuciu zagrożenia. Od 24 grudnia funkcjonariusze byli regularnie wzywani na osiedle, jednak początkowe działania skupiały się na drobnych wykroczeniach, nie przystających do dramatu, który rozgrywał się w bloku.

Kom. Piotr Szpiech z Komendy Miejskiej Policji w Krakowie potwierdził liczne zgłoszenia, zaznaczając, że początkowo dotyczyły one zaśmiecania i zakłócania porządku. Wniosek o ukaranie sporządzony do sądu w obliczu rosnącej dewastacji wydawał się zaledwie symbolicznym gestem, nie przynoszącym realnego rozwiązania narastającego problemu.

"Pierwsze zgłoszenie wobec jednego z mieszkańców bloku na os. Kalinowym odnotowano 24 grudnia 2025 roku. Od tego czasu miało miejsce blisko 20 zgłoszeń, które dotyczyły początkowo zaśmiecania i zakłócania porządku. W związku z tym policjanci sporządzili do sądu wniosek o ukaranie" – przekazał „Super Expressowi” kom. Piotr Szpiech z Komendy Miejskiej Policji w Krakowie.

Kiedy zapadła ostateczna decyzja?

Mimo licznych interwencji i nałożonego mandatu, Marcin S. po powrocie do domu kontynuował swoje destrukcyjne działania, co wskazywało na głębsze problemy wymagające bardziej zdecydowanej reakcji. Zatrzymanie go i przedstawienie zarzutu uszkodzenia mienia nie od razu zakończyło koszmar mieszkańców, którzy z każdą godziną żyli w coraz większym strachu o swoje życie i mienie.

Dopiero 5 stycznia, po kolejnej interwencji, mężczyzna, który nie był w logicznym kontakcie, trafił do szpitala, co w końcu przyniosło chwilowe wytchnienie mieszkańcom. Tego samego dnia administracja złożyła zawiadomienie o dokonanych uszkodzeniach, otwierając drogę do uzupełnienia zarzutów i próby zadośćuczynienia za poniesione straty materialne.

"W dniu 5 stycznia, podczas ostatniej interwencji, mężczyzna z uwagi na to, że nie był w logicznym kontakcie, trafił do szpitala. Tego samego dnia przedstawiciel administracji złożył zawiadomienie o dokonanych uszkodzeniach w związku z czym prowadzone są czynności zmierzające do uzupełnienia zarzutów" – dodał kom. Szpiech.

Czy mieszkańcy czują się bezpieczni?

Mimo że sprawca został zabrany do szpitala, na osiedlu Kalinowym w Krakowie nadal panuje niepokój, a mieszkańcy z obawą patrzą w przyszłość, bojąc się powrotu Marcina S. Ich słowa: „Boimy się, że on wróci, a my nie zaznamy spokoju”, są bolesnym świadectwem trwałej traumy i braku pewności co do własnego bezpieczeństwa.

Ten długi i wyczerpujący epizod stawia ważne pytania o skuteczność systemu w ochronie obywateli przed eskalującą agresją, która wykracza poza zwykłe sąsiedzkie spory. Należy mieć nadzieję, że organy ścigania i opieka społeczna dostrzegą potrzebę kompleksowego rozwiązania, zanim podobne dramaty rozegrają się gdzie indziej, niosąc za sobą jeszcze poważniejsze konsekwencje.

Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.