Spis treści
Sąsiad z piekła rodem
Tragiczny los Martyny S. († 21 l.) z warszawskiej Woli to bolesna lekcja o tym, jak cienka granica dzieli codzienność od najczarniejszego koszmaru. Martyna, młoda dziewczyna pełna życia, mieszkała z matką na ostatnim piętrze bloku przy ulicy Chłodnej, drzwi w drzwi z Kamilem P., swoim przyszłym oprawcą. Znali się od zawsze, dorastali w tej samej klatce schodowej, co sprawiło, że poczucie bezpieczeństwa było naturalne i niekwestionowane.
Był 6 lutego 2014 roku, kiedy ten pozornie zwykły czwartkowy poranek przybrał niewyobrażalnie makabryczny obrót. Martyna, słysząc pukanie do drzwi i widząc znajomą twarz sąsiada Kamila, bez cienia wahania wpuściła go do mieszkania. Niewielki niepokój mógł wzbudzić jedynie jego wyraźne roztrzęsienie, ale któż mógł przypuszczać, że za chwilę rozegra się tragedia, która na zawsze zniszczy jej rodzinę.
Mefedronowy głód Kamila P.
Jak wykazało śledztwo, feralnej nocy Kamil P. spędził godziny na zażywaniu mefedronu, co całkowicie odebrało mu resztki racjonalnego myślenia. Obudził się z drżącymi rękami, z niepohamowanym pragnieniem kolejnej dawki narkotyku i papierosa, jednak brakowało mu pieniędzy. Matka odmówiła mu pożyczki, a w jego głowie dominował tylko jeden imperatyw: zdobyć środki na używki.
W akcie desperacji, który przerodził się w czyste szaleństwo, Kamil P. sięgnął po kuchenny nóż. Zamiast szukać pomocy czy próbować wyrwać się ze szponów nałogu, skierował swoje kroki do mieszkania sąsiadki. Tragiczny splot wydarzeń nabierał tempa, a świadectwo mordercy ujawniało przerażającą skalę jego uzależnienia i obojętności wobec ludzkiego życia.
"W nocy z 5 na 6 lutego całą noc zażywałem mefedron. Rano cały się trząsłem, chciało mi się palić i ćpać, ale nie miałem pieniędzy. Matka nie chciała mi nic pożyczyć, a ja w głowie ciągle słyszałem głos, że mam zdobyć pieniądze na narkotyki. Dlatego wziąłem z kuchni nóż i poszedłem do sąsiadki na górę" − zeznawał.
Brutalny atak w łazience
Martyna, nieświadoma zbliżającego się zagrożenia, po krótkiej rozmowie z Kamilem udała się do łazienki, by szykować się do pracy, ufając swojemu sąsiadowi. W tym momencie psychopatyczny plan Kamila P. został wprowadzony w czyn, gdy ten, pozostawiony sam na sam w mieszkaniu, z nożem w dłoni, podążył za niewinną ofiarą. Scena, która rozegrała się chwilę później, była niczym z najgorszego horroru, przerastając wyobraźnię i łamiąc wszelkie granice człowieczeństwa.
Bestialstwo czynu Kamila P. wymykało się wszelkim definicjom okrucieństwa. Zaszedł dziewczynę od tyłu, uderzając w najmniej spodziewanym momencie, a kolejne ciosy nożem przypieczętowały jej los. Martyna walczyła rozpaczliwie o życie, jej krzyki rozdzierały ciszę mieszkania, jednak była bez szans w starciu z bezwzględnym oprawcą ogarniętym szałem narkotykowym.
"Zaszedłem ją od tyłu, wbiłem jej nóż w plecy, a później w szyję. Martyna wpadła do wanny, broniła się" − opowiadał później w sądzie.
Krzyk w wannie – Jak zamilkła?
Dziewczyna w wannie, w kałuży własnej krwi, próbowała stawić opór, rozpaczliwie broniąc się przed atakami szaleńca. Jednak każdy jej ruch, każdy krzyk, zderzał się z niewzruszoną brutalnością Kamila, który kontynuował swoje bestialskie dzieło. Moment, w którym Martyna przestała się ruszać i krzyczeć, oznaczał koniec jej krótkiego, tragicznie przerwanego życia.
Zamiast wezwać pomoc, zamiast wykazać choćby cień ludzkiego odruchu, Kamil P. z zimną krwią zostawił martwe ciało w łazience. Jego priorytetem było zdobycie pieniędzy na kolejną dawkę. Przeszukiwał mieszkanie, szukając kosztowności, które mógłby spieniężyć, by zaspokoić swój narkotykowy głód. Całkowita obojętność wobec tragedii, którą właśnie spowodował, była szokująca.
"W pewnym momencie przestała krzyczeć i się ruszać" − relacjonował dalej oskarżony.
Narkotykowa zmowa
Szybko okazało się, że Kamil P. nie działał w całkowitej samotności, co dodawało sprawie jeszcze bardziej makabrycznego wymiaru. Dwie koleżanki, Andżelika i Karolina, stały się jego wspólniczkami w ukrywaniu zbrodni, pomagając mu pozbyć się obciążających dowodów. Zamiast skłonić go do przyznania się i podjęcia odpowiedzialności, wspierały go w pogrążaniu się w odmętach nałogu i przestępstwa.
Skutkiem tej przerażającej zmowy było sprzedanie jednego z pierścionków Martyny za zaledwie 90 złotych, co w przeliczeniu na ludzkie życie brzmi jak ponury żart. Cała kwota poszła na kolejną działkę mefedronu, pokazując, jak bezwartościowe okazało się życie młodej dziewczyny w obliczu narkotykowego pragnienia. Dopiero po pewnym czasie do Kamila P. dotarła pełna świadomość tego, co zrobił, ale było już za późno na odwrót.
"Andżelika i Karolina kazały mi o wszystkim zapomnieć i iść się naćpać. Pomogły mi wyrzucić zakrwawione ubrania, a później sprzedaliśmy jeden z pierścionków za 90 zł. Kupiliśmy za to działkę mefedronu" − zeznał.
"Gdy zrozumiałem, co zrobiłem, zacząłem płakać. Chciałem utopić się w Wiśle, ale w końcu do wody rzuciłem tylko nóż, którym zabiłem Martynę" − mówił.
Krzyk matki. Finał poszukiwań
Makabryczne odkrycie, które wstrząsnęło nie tylko mieszkańcami bloku, ale i całą warszawską Wolą, było dziełem matki Martyny. Po powrocie z pracy zastała otwarte drzwi i przerażający widok: jej spokojne mieszkanie zamieniło się w scenę brutalnej zbrodni. Ciało córki leżało w łazience w kałuży krwi, a jej przeraźliwy krzyk postawił na nogi wszystkich sąsiadów, zwiastując koniec wszelkich złudzeń.
Na miejscu natychmiast pojawili się funkcjonariusze policji i prokurator, rozpoczynając intensywne śledztwo. Rany kłute na plecach i szyi ofiary wskazywały na wyjątkową brutalność ataku. Podejrzenia bardzo szybko padły na Kamila P., który już następnego dnia został zatrzymany. W śmietniku znaleziono zakrwawione ubrania, których próbował się pozbyć, co stanowiło kluczowy dowód w sprawie.
Wyrok. Czy sprawiedliwość zwyciężyła?
Akt oskarżenia przeciwko Kamilowi P. szybko trafił do sądu, gdzie 22-letni wówczas sprawca zbrodni szczegółowo opowiadał o swoim makabrycznym czynie. Próbował usprawiedliwiać się działaniem narkotyków i słyszanymi głosami, wyrażając skruchę i prosząc o wybaczenie. Jednak ani sąd, ani powołani biegli nie dali się zwieść jego pozornej pokorze, oceniając jego wyjaśnienia jako próbę zminimalizowania winy.
7 września 2015 roku Sąd Okręgowy w Warszawie ogłosił wyrok, skazując Kamila P. na karę 25 lat pozbawienia wolności w trybie terapeutycznym. Dodatkowo zasądzono 50 tys. zł odszkodowania dla matki zamordowanej Martyny. Bliscy dziewczyny, choć ze łzami w oczach, przyjęli wyrok, jednak z poczuciem niedosytu i przekonaniem, że kara jest niewystarczająca za tak potworny czyn.
"Skazuję Kamila P. oskarżonego o zamordowanie Martyny Słowikowskiej na karę 25 lat pozbawienia wolności w trybie terapeutycznym" − powiedziała sędzia Danuta Kochnowicz.
"Nie ulżyło nam, nic nie jest w stanie nas pocieszyć po tym, co się stało. Ale wyrok uważamy za zbyt łagodny. Za to co zrobił, Kamil P. powinien do końca życia siedzieć w więzieniu. To była taka cudowna dziewczyna" − mówiła kuzynka Martyny, Marlena.
Prawomocny wyrok na lata
Od wyroku pierwszej instancji odwołały się obie strony: prokuratura dążyła do zaostrzenia kary do dożywotniego więzienia, natomiast obrona wnioskowała o jej obniżenie do 15 lat. Sprawa ponownie trafiła na wokandę, tym razem do Sądu Apelacyjnego w Warszawie, co przedłużało cierpienie rodziny Martyny. Dziewięć miesięcy niepewności czekało na ostateczne rozstrzygnięcie w tej bulwersującej sprawie.
Ostatecznie, 6 maja 2016 roku, Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy wyrok pierwszej instancji. Kamil P. został prawomocnie skazany na 25 lat pozbawienia wolności w trybie terapeutycznym. Dla rodziny Martyny Słowikowskiej sprawiedliwość, choć formalnie wymierzona, przyszła za późno, a jej życie, brutalnie przerwane za zaledwie 90 złotych, już nigdy nie zostanie przywrócone.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.