Spis treści
Kontrowersje wokół licytacji pamiątek
Pamięć o tragedii Holokaustu wydawała się dotąd nietykalna, jednak ostatnie wydarzenia w Niemczech podważyły to przekonanie. Planowana aukcja w Domu Aukcyjnym Felzmann w Neuss, mająca na celu sprzedaż pamiątek po ofiarach niemieckich obozów koncentracyjnych, wywołała powszechne oburzenie. To kolejny przypadek, gdy etyka i historia ścierają się z bezlitosnymi prawami rynku.
Aukcja prywatnej kolekcji dokumentów i przedmiotów związanych z ofiarami niemieckich zbrodni spotkała się ze stanowczym sprzeciwem. Międzynarodowy Komitet Oświęcimski wyraził swój protest, a rzecznik prezydenta Karola Nawrockiego, Rafał Leśkiewicz, publicznie zaapelował do polskiego rządu. Wezwania do interwencji polskich władz pojawiły się natychmiast, podkreślając pilną potrzebę działania.
Jak zareagowały polskie władze?
Polskie władze zareagowały błyskawicznie na doniesienia o kontrowersyjnej aukcji. Szef MSZ, wicepremier Radosław Sikorski, poinformował, że artefakty przeznaczone do sprzedaży zniknęły już ze strony internetowej niemieckiego domu aukcyjnego. To pierwszy, ale z pewnością nie ostatni krok w tej delikatnej sprawie, gdzie stawką jest poszanowanie pamięci.
Kolejne działania zapowiedziała Marta Cienkowska, szefowa resortu kultury i dziedzictwa narodowego. Ministra podkreśliła konieczność pełnego wyjaśnienia pochodzenia tych przedmiotów, które w żaden sposób nie powinny stać się towarem. MKiDN jest już w kontakcie z „właściwymi instytucjami”, co daje nadzieję na szybkie rozstrzygnięcie.
„Oczekujemy pełnej dokumentacji, żądamy dostępu do wszystkich materiałów dotyczących pochodzenia tych przedmiotów i będziemy dążyć do ich jak najszybszego zabezpieczenia i zwrotu do Polski, jeśli okaże się, że taki zwrot jest uzasadniony. Naszym obowiązkiem jest prawda — i dopilnujemy, by została wyjaśniona do końca” - zadeklarowała ministra.
Co miało trafić pod młotek?
Lista obiektów przygotowanych do sprzedaży przez Dom Aukcyjny Felzmann była zatrważająca i obejmowała aż 623 pozycje, jak podała gazeta „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Wśród nich znalazł się list więźnia z Auschwitz o „bardzo niskim numerze” do adresata w Krakowie, z ceną wywoławczą 500 euro. To pokazuje, jak bezceremonialnie próbowano wycenić ludzką tragedię.
Inne przedmioty to diagnoza lekarska z obozu koncentracyjnego Dachau, dotycząca przymusowej sterylizacji więźnia, wyceniona na 400 euro, oraz karta z kartoteki Gestapo o egzekucji żydowskiego więźnia w getcie Mackheim z lipca 1942 r., z ceną 350 euro. W katalogu widniały również antyżydowski plakat propagandowy oraz gwiazda żydowska z obozu Buchenwald. Redakcja „FAZ” przypomniała, że pierwsza część tej prywatnej kolekcji została sprzedana już sześć lat temu, a nabywcy znajdowali się między innymi w Ameryce.
Czy kolekcjonowanie takich przedmiotów służy pamięci?
Dom Aukcyjny Felzmann, w odpowiedzi na zapytanie „FAZ”, bronił swojej działalności, twierdząc, że prywatni kolekcjonerzy prowadzą intensywne badania i przyczyniają się do pogłębiania wiedzy historycznej. Ich zdaniem, celem ma być zachowanie pamięci, a nie handel cierpieniem. Takie tłumaczenia brzmią jednak jak próba racjonalizacji moralnie dwuznacznej praktyki.
Dziennikarka „FAZ” słusznie skomentowała, że nie ma żadnej gwarancji, iż celem uczestników aukcji jest wyłącznie zachowanie pamięci, a nie propagowanie skrajnie prawicowych poglądów. Chociaż zakaz handlu takimi dokumentami mógłby przenieść aukcje do szarej strefy, apel o przekazywanie tych kolekcji publicznym instytucjom wydaje się jedynym słusznym rozwiązaniem. Upamiętnienie ofiar powinno być priorytetem, nie zysk z ich osobistych tragedii.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.