Spis treści
Usiłowanie kradzieży miedzi
Robert N., lat 36, włamał się do zabytkowego młyna w Bochotnicy, miejscowości położonej niedaleko Puław w województwie lubelskim. Mężczyzna miał na celu kradzież miedzianych przewodów. W tym celu rozpalił ognisko wewnątrz drewnianego budynku, zamierzając opalić plastikową izolację z kabli. Działania te szybko doprowadziły do zaprószenia ognia, a płomienie zaczęły sięgać sufitu.
Gęste zadymienie błyskawicznie wypełniło wnętrze młyna, stwarzając zagrożenie dla życia włamywacza. Robert N. znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, krztusząc się dymem na trzeciej kondygnacji budynku. Był półprzytomny, gdy na miejsce zdarzenia dotarli funkcjonariusze policji, ratując go z płonącego obiektu.
Zauważono dym z młyna
Dzielnicowi z Kazimierza Dolnego, patrolując okolicę Bochotnicy, zauważyli gęsty dym wydobywający się z dachu zabytkowego młyna. Niezwłocznie poinformowali straż pożarną o zaistniałej sytuacji. Funkcjonariusze podjęli decyzję o samodzielnym wejściu do środka obiektu, aby ocenić skalę zagrożenia i, jeśli to możliwe, rozpocząć wstępne działania gaśnicze. Ich szybka reakcja była kluczowa w zapobieganiu eskalacji pożaru.
Po wejściu do zadymionego budynku, mundurowi zlokalizowali źródło ognia. Niedługo potem, na trzeciej kondygnacji młyna, w tzw. schowku, odnaleźli leżącego w pozycji embrionalnej 36-letniego mężczyznę. Był to Robert N., który krztusił się i miał poważne trudności z oddychaniem. Jego stan był krytyczny z powodu zatrucia dymem, co wymagało natychmiastowej interwencji.
"Mężczyzna krztusił się i miał trudności z oddychaniem. Funkcjonariusze natychmiast wyprowadzili go na zewnątrz budynku gdzie strażacy podali mu tlen i wezwali na miejsce karetkę pogotowia. Pomocy przedmedycznej wymagali też dzielnicowi, którzy najdłużej przebywali w zadymionych pomieszczeniach" - dodaje policjantka.
Jaka pomoc medyczna?
Po wyprowadzeniu Roberta N. na zewnątrz budynku, strażacy bezzwłocznie przystąpili do udzielenia mu pierwszej pomocy. Podali mu tlen, aby złagodzić skutki wdychania dymu i poprawić jego stan zdrowia. Na miejsce zdarzenia została wezwana karetka pogotowia, która przejęła dalszą opiekę medyczną nad poszkodowanym. Działania ratunkowe były sprawnie skoordynowane i przeprowadzono je z najwyższą starannością.
Okazało się, że pomocy medycznej potrzebował nie tylko włamywacz. Dwaj dzielnicowi, którzy najdłużej przebywali w silnie zadymionych pomieszczeniach młyna, również wymagali interwencji przedmedycznej. Ich stan zdrowia był zagrożony z powodu zatrucia dymem. Incydent ten uwypuklił niebezpieczeństwa, na jakie narażeni są funkcjonariusze podczas akcji ratunkowych.
Robert N. usłyszał zarzuty
Po ustabilizowaniu sytuacji i przeprowadzeniu wstępnych czynności wyjaśniających, Robert N. usłyszał zarzuty. Prokuratura oskarżyła go o usiłowanie kradzieży z włamaniem do zabytkowego młyna w Bochotnicy. Dodatkowo, przedstawiono mu zarzut spowodowania strat materialnych w wyniku swoich działań. Straty te zostały oszacowane na kwotę co najmniej 2 tysięcy złotych.
Działania 36-latka, polegające na odcinaniu przewodów narzędziami i opalaniu ich w ognisku rozpalonym wewnątrz budynku, doprowadziły do zniszczeń. Za popełnione przestępstwa Robertowi N. grozi surowa kara pozbawienia wolności. Zgodnie z obowiązującym prawem, za usiłowanie kradzieży z włamaniem sprawca może zostać skazany na karę do 10 lat więzienia. Postępowanie w tej sprawie jest kontynuowane, a sprawa czeka na dalsze rozstrzygnięcia.
Historia młyna w Bochotnicy
Zabytkowy młyn, w którym doszło do incydentu, jest położony przy ulicy Zamłynie w Bochotnicy. Obiekt został wzniesiony około 1870 roku przez Józefa Klemensowskiego, dziedzica Celejowa. W przeszłości był jednym z największych młynów funkcjonujących w dolinie rzeki Bystrej, pełniąc istotną rolę gospodarczą w regionie. Jego bogata historia świadczy o dawnym znaczeniu dla lokalnej społeczności.
Po pożarze, który miał miejsce w 1910 roku, młyn przeszedł rozbudowę, zyskując dodatkową kondygnację. W takiej formie służył mieszkańcom aż do 1988 roku. Niedawno w budynku prowadzone były prace remontowe, w tym związane z okablowaniem. To właśnie te świeże instalacje mogły przyciągnąć uwagę włamywacza, który liczył na łatwy i szybki łup. Aktualny stan techniczny młyna jest przedmiotem dalszych badań.
"Kręcił się po okolicy, wypytywał, łaził dokoła" - opowiada mieszkanka Bochotnicy.
Jak namierzono włamywacza?
Włamywacz nie zachował pełnej anonimowości podczas swoich działań, co mogło przyczynić się do jego zatrzymania. Mieszkańcy Bochotnicy zauważyli podejrzane zachowanie mężczyzny w okolicach młyna. Robert N. był widziany, jak kręcił się, wypytywał i łaził dokoła obiektu, wzbudzając tym samym zainteresowanie i niepokój lokalnej społeczności. Nie jest wykluczone, że te obserwacje przyczyniły się do powiadomienia organów ścigania.
Na trop włamywacza wpadli dzielnicowi z Kazimierza Dolnego, którzy rutynowo patrolowali dany rejon. To właśnie ich czujność pozwoliła dostrzec gęsty dym wydobywający się z zabytkowego młyna. Ich szybka i zdecydowana interwencja zapobiegła nie tylko większym stratom materialnym, ale przede wszystkim uratowała życie mężczyzny, który uległ zatruciu dymem. Działania policjantów zostały ocenione jako wzorowe i profesjonalne.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.