Próbował ukraść miedź i zapłonął młyn. Co uratowało Roberta N. przed śmiercią?

2025-11-26 11:55

Próba kradzieży miedzi z zabytkowego młyna w Bochotnicy koło Puław omal nie zakończyła się tragicznie. 36-letni Robert N. rozpalił w środku drewnianego budynku ognisko, aby opalić plastik z kabli. Szybko rozprzestrzeniające się płomienie i gęsty dym uwięziły mężczyznę, który krztusił się i był półprzytomny. Na szczęście, interwencja dzielnicowych z Kazimierza Dolnego uratowała mu życie.

Powierzchnię składającą się z dwóch równoległych, ciemnych desek o wyraźnej fakturze drewna. Centralny punkt kadru to miejsce styku desek, gdzie przebiega cienka, ciemna linia, oraz fragment jaśniejszego światła, które odbija się od powierzchni, tworząc delikatny błysk. Górna część obrazu, poza deskami, jest rozmyta i jaśniejsza, przechodząc od jasnego punktu do rozmytej, szaro-brązowej przestrzeni, podczas gdy dolny prawy róg jest ciemny i niemal czarny.

i

Autor: Redakcja Publicystyczna AI/ Wygenerowane przez AI Powierzchnię składającą się z dwóch równoległych, ciemnych desek o wyraźnej fakturze drewna. Centralny punkt kadru to miejsce styku desek, gdzie przebiega cienka, ciemna linia, oraz fragment jaśniejszego światła, które odbija się od powierzchni, tworząc delikatny błysk. Górna część obrazu, poza deskami, jest rozmyta i jaśniejsza, przechodząc od jasnego punktu do rozmytej, szaro-brązowej przestrzeni, podczas gdy dolny prawy róg jest ciemny i niemal czarny.

Usiłowanie kradzieży miedzi

Robert N., lat 36, włamał się do zabytkowego młyna w Bochotnicy, miejscowości położonej niedaleko Puław w województwie lubelskim. Mężczyzna miał na celu kradzież miedzianych przewodów. W tym celu rozpalił ognisko wewnątrz drewnianego budynku, zamierzając opalić plastikową izolację z kabli. Działania te szybko doprowadziły do zaprószenia ognia, a płomienie zaczęły sięgać sufitu.

Gęste zadymienie błyskawicznie wypełniło wnętrze młyna, stwarzając zagrożenie dla życia włamywacza. Robert N. znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, krztusząc się dymem na trzeciej kondygnacji budynku. Był półprzytomny, gdy na miejsce zdarzenia dotarli funkcjonariusze policji, ratując go z płonącego obiektu.

Zauważono dym z młyna

Dzielnicowi z Kazimierza Dolnego, patrolując okolicę Bochotnicy, zauważyli gęsty dym wydobywający się z dachu zabytkowego młyna. Niezwłocznie poinformowali straż pożarną o zaistniałej sytuacji. Funkcjonariusze podjęli decyzję o samodzielnym wejściu do środka obiektu, aby ocenić skalę zagrożenia i, jeśli to możliwe, rozpocząć wstępne działania gaśnicze. Ich szybka reakcja była kluczowa w zapobieganiu eskalacji pożaru.

Po wejściu do zadymionego budynku, mundurowi zlokalizowali źródło ognia. Niedługo potem, na trzeciej kondygnacji młyna, w tzw. schowku, odnaleźli leżącego w pozycji embrionalnej 36-letniego mężczyznę. Był to Robert N., który krztusił się i miał poważne trudności z oddychaniem. Jego stan był krytyczny z powodu zatrucia dymem, co wymagało natychmiastowej interwencji.

"Mężczyzna krztusił się i miał trudności z oddychaniem. Funkcjonariusze natychmiast wyprowadzili go na zewnątrz budynku gdzie strażacy podali mu tlen i wezwali na miejsce karetkę pogotowia. Pomocy przedmedycznej wymagali też dzielnicowi, którzy najdłużej przebywali w zadymionych pomieszczeniach" - dodaje policjantka.

Jaka pomoc medyczna?

Po wyprowadzeniu Roberta N. na zewnątrz budynku, strażacy bezzwłocznie przystąpili do udzielenia mu pierwszej pomocy. Podali mu tlen, aby złagodzić skutki wdychania dymu i poprawić jego stan zdrowia. Na miejsce zdarzenia została wezwana karetka pogotowia, która przejęła dalszą opiekę medyczną nad poszkodowanym. Działania ratunkowe były sprawnie skoordynowane i przeprowadzono je z najwyższą starannością.

Okazało się, że pomocy medycznej potrzebował nie tylko włamywacz. Dwaj dzielnicowi, którzy najdłużej przebywali w silnie zadymionych pomieszczeniach młyna, również wymagali interwencji przedmedycznej. Ich stan zdrowia był zagrożony z powodu zatrucia dymem. Incydent ten uwypuklił niebezpieczeństwa, na jakie narażeni są funkcjonariusze podczas akcji ratunkowych.

Robert N. usłyszał zarzuty

Po ustabilizowaniu sytuacji i przeprowadzeniu wstępnych czynności wyjaśniających, Robert N. usłyszał zarzuty. Prokuratura oskarżyła go o usiłowanie kradzieży z włamaniem do zabytkowego młyna w Bochotnicy. Dodatkowo, przedstawiono mu zarzut spowodowania strat materialnych w wyniku swoich działań. Straty te zostały oszacowane na kwotę co najmniej 2 tysięcy złotych.

Działania 36-latka, polegające na odcinaniu przewodów narzędziami i opalaniu ich w ognisku rozpalonym wewnątrz budynku, doprowadziły do zniszczeń. Za popełnione przestępstwa Robertowi N. grozi surowa kara pozbawienia wolności. Zgodnie z obowiązującym prawem, za usiłowanie kradzieży z włamaniem sprawca może zostać skazany na karę do 10 lat więzienia. Postępowanie w tej sprawie jest kontynuowane, a sprawa czeka na dalsze rozstrzygnięcia.

Historia młyna w Bochotnicy

Zabytkowy młyn, w którym doszło do incydentu, jest położony przy ulicy Zamłynie w Bochotnicy. Obiekt został wzniesiony około 1870 roku przez Józefa Klemensowskiego, dziedzica Celejowa. W przeszłości był jednym z największych młynów funkcjonujących w dolinie rzeki Bystrej, pełniąc istotną rolę gospodarczą w regionie. Jego bogata historia świadczy o dawnym znaczeniu dla lokalnej społeczności.

Po pożarze, który miał miejsce w 1910 roku, młyn przeszedł rozbudowę, zyskując dodatkową kondygnację. W takiej formie służył mieszkańcom aż do 1988 roku. Niedawno w budynku prowadzone były prace remontowe, w tym związane z okablowaniem. To właśnie te świeże instalacje mogły przyciągnąć uwagę włamywacza, który liczył na łatwy i szybki łup. Aktualny stan techniczny młyna jest przedmiotem dalszych badań.

"Kręcił się po okolicy, wypytywał, łaził dokoła" - opowiada mieszkanka Bochotnicy.

Jak namierzono włamywacza?

Włamywacz nie zachował pełnej anonimowości podczas swoich działań, co mogło przyczynić się do jego zatrzymania. Mieszkańcy Bochotnicy zauważyli podejrzane zachowanie mężczyzny w okolicach młyna. Robert N. był widziany, jak kręcił się, wypytywał i łaził dokoła obiektu, wzbudzając tym samym zainteresowanie i niepokój lokalnej społeczności. Nie jest wykluczone, że te obserwacje przyczyniły się do powiadomienia organów ścigania.

Na trop włamywacza wpadli dzielnicowi z Kazimierza Dolnego, którzy rutynowo patrolowali dany rejon. To właśnie ich czujność pozwoliła dostrzec gęsty dym wydobywający się z zabytkowego młyna. Ich szybka i zdecydowana interwencja zapobiegła nie tylko większym stratom materialnym, ale przede wszystkim uratowała życie mężczyzny, który uległ zatruciu dymem. Działania policjantów zostały ocenione jako wzorowe i profesjonalne.

Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.