Proces za maltretowanie kota Pandka. Co naprawdę stało się w krakowskim mieszkaniu?

2026-01-28 12:30

Historia skatowanego w Krakowie kota Pandka, którego właściciel oskarżony jest o wyjątkowe okrucieństwo, wciąż wstrząsa Polską. Przed krakowskim sądem ruszył proces Witolda B., gdzie prokuratura przedstawiła wstrząsającą listę obrażeń zadanych bezbronnemu zwierzęciu. Mimo dramatycznych dowodów, oskarżony zasłania się niepamięcią, co budzi pytania o granice ludzkiej odpowiedzialności i empatii.

Wąski korytarz ukazuje otwarte, brązowe drzwi po prawej stronie, wpuszczające jasne światło, które rozjaśnia części podłogi i prawej ściany. Podłoga pokryta jest jasnoszarym dywanem z drobnym wzorem, a wzdłuż ścian biegną ciemnobrązowe listwy przypodłogowe. Po lewej stronie pionowy pas światła pada na ścianę, tworząc wyraźny kontrast z dominującymi ciemnymi tonami pomieszczenia.

i

Autor: Redakcja Informacyjna AI/ Wygenerowane przez AI Wąski korytarz ukazuje otwarte, brązowe drzwi po prawej stronie, wpuszczające jasne światło, które rozjaśnia części podłogi i prawej ściany. Podłoga pokryta jest jasnoszarym dywanem z drobnym wzorem, a wzdłuż ścian biegną ciemnobrązowe listwy przypodłogowe. Po lewej stronie pionowy pas światła pada na ścianę, tworząc wyraźny kontrast z dominującymi ciemnymi tonami pomieszczenia.

Sprawa kota Pandka porusza

Wydawać by się mogło, że opowieści o bestialskim traktowaniu zwierząt już nas nie zaskoczą, a jednak historia kota Pandka raz jeszcze przypomina o najciemniejszych stronach ludzkiej natury. Przed krakowskim sądem wreszcie ruszył długo wyczekiwany proces Witolda B., mężczyzny oskarżonego o znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad swoim własnym pupilem. Ta sprawa, która wstrząsnęła opinią publiczną, wciąż budzi silne emocje i domaga się sprawiedliwości dla bezbronnej ofiary.

Witold B., sylwetki świadczącej o jego dobrej kondycji fizycznej, pojawił się w sali sądowej w otoczeniu obrońców, sprawiając wrażenie osoby, która doskonale wie, jak stawiać czoło wymiarowi sprawiedliwości. W skupieniu wysłuchał aktu oskarżenia, którego treść mogłaby przyprawić o drżenie nawet najbardziej cynicznych obserwatorów. Lista obrażeń, jakie zadał zwierzęciu, to nie tylko wyliczanka medycznych terminów, lecz przerażający zapis cierpienia, które trwało zbyt długo.

Co spotkało kota w mieszkaniu?

Prokuratura, krok po kroku, odtworzyła gehennę, jaką przeszedł mały Pandek. Mężczyzna miał bić, przypalać, oskórowywać i ciąć zwierzę, a wszystko to z błahego, wręcz absurdalnego powodu – kot śmiał zjeść plaster boczku, który właściciel przygotowywał dla siebie. Ten motyw, wyjęty jakby z koszmarnego scenariusza, ukazuje skalę bezmyślnej brutalności i brak empatii wobec istoty całkowicie zależnej od swojego oprawcy.

Długa lista obrażeń, przedstawiona przez prokuratora na sali sądowej, budzi grozę i zapada w pamięć. Nie jest to jedynie protokół, ale świadectwo niewyobrażalnego bólu, jakiemu poddano kota. Od ciętych ran na głowie, przez rozcięcie powieki i uszkodzenie rogówki, po złamanie zęba i naderwanie języka – każdy punkt to osobna, bolesna historia zgotowana przez Witolda B. swojemu podopiecznemu.

"Poprzez pobicie i zadawanie ran ostrym narzędziem spowodował u niego obrażenia w postaci rany ciętej na głowie w okolicy kości czołowej i rozcięcia lewej powieki górnej, rany ciętej rogówki oka lewego, złamania lewego kła szczęki, naderwania dystalnej części języka, przypalania wibrysów, uszkodzenia rogówki oka prawego, oskórowania przedramienia i okolic łokcia kończyny piersiowej lewej, ran kłutych na kończynie piersiowej lewej, rany ciętej na prawym boku o długości 15 centymetrów, uszkadzającej skórę, tkankę podskórną oraz mięśnie, rany ciętej nad ogonem o długości 10 centymetrów, co stanowiło zagrożenie dla życia oraz zdrowia zwierzęcia" – wyliczała prokurator na sali sądowej podczas formalnego otwarcia przewodu sądowego.

Kto uratował skatowanego Pandka?

Dzięki szybkiej reakcji sąsiada, który usłyszał przeraźliwy krzyk katowanego kota, udało się powstrzymać dalsze okrucieństwo i uratować Pandkowi życie. To kolejny raz, gdy interwencja osób postronnych okazuje się kluczowa w walce z bezmyślnym traktowaniem zwierząt, pokazując, że obojętność jest często cichym wspólnikiem oprawców. Bez tej reakcji, historia Pandka mogłaby zakończyć się o wiele tragiczniej, stając się kolejną, niewyjaśnioną zagadką.

Po dramatycznych wydarzeniach, kot został natychmiast przewieziony do specjalistycznej lecznicy, gdzie przeszedł ponad trzygodzinną, skomplikowaną operację. Walka o jego zdrowie trwała wiele miesięcy, wymagając cierpliwości i poświęcenia ze strony weterynarzy i opiekunów. Dziś Pandek ma nowy, kochający dom, gdzie wreszcie może cieszyć się spokojem i dobrostanem, zapominając o koszmarze przeszłości.

Co pamięta oskarżony?

Podczas rozprawy obrońcy Witolda B. usilnie dążyli do wyłączenia jawności rozprawy oraz uniemożliwienia dziennikarzom dokumentowania wydarzeń na sali sądowej. Ten ruch, często stosowany w głośnych sprawach, bywa interpretowany jako próba ograniczenia społecznej kontroli nad przebiegiem procesu. Sam oskarżony, zapytany o zarzucane mu czyny, nie przyznał się do winy, zasłaniając się zaskakującą niepamięcią.

Jego tłumaczenia, choć enigmatyczne, nie rozwiewają wątpliwości. Witold B. potwierdził swoją obecność w mieszkaniu w dniu zdarzenia, ale szczegóły tego, co się stało, miały ulecieć z jego pamięci. Można odnieść wrażenie, że to wygodna amnezja, która ma za zadanie zminimalizować jego rolę w cierpieniu Pandka. Czy sąd uwierzy w tak selektywną pamięć?

"Przyznaję się do sytuacji, że byłem tam obecny, ale nie przyznaje się do zarzutów. Ja fragmentarycznie pamiętam ten dzień. Przygotowywałem jedzenie sobie w kuchni, potem usłyszałem pukanie policjantów do drzwi. Wpuściłem ich. Miałem krew na rękach. Rozmawiałem z policjantami, ale nie pamiętam, co im mówiłem. Nie chciałem nigdy zrobić mojemu kotu krzywdy, jest mi przykro i żałuję, że do czegoś takiego doszło" – powiedział.

Czy wyrok będzie ostrzeżeniem?

Słowa Witolda B. o tym, że "nie chciał zrobić mojemu kotu krzywdy" i "jest mu przykro", brzmią w kontekście ujawnionych obrażeń wyjątkowo gorzko. Czy to szczery żal, czy jedynie próba ratowania wizerunku w obliczu nieuchronnego wyroku? Ta sprawa jest nie tylko o karze dla jednego człowieka, ale o wysłaniu jasnego sygnału, że okrucieństwo wobec zwierząt nie będzie tolerowane w cywilizowanym społeczeństwie.

Proces Witolda B. staje się symbolem walki o prawa zwierząt i przypomnieniem, że zwierzęta nie są bezdusznymi przedmiotami, lecz istotami zdolnymi do odczuwania bólu i strachu. Społeczeństwo z coraz większą uwagą śledzi takie sprawy, oczekując, że wymiar sprawiedliwości stanie na wysokości zadania i wyda wyrok, który będzie nie tylko karą, ale również ważnym przesłaniem dla wszystkich potencjalnych oprawców.

Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.