Spis treści
Tragiczna odyseja Szymonka z Będzina
Historia Szymonka z Będzina to wciąż bolesna rysa na sumieniu społeczeństwa. W 2010 roku, niemal jak z koszmaru, w stawie w Cieszynie znaleziono ciało malca w czerwonej kurtce. Przez długie dwa lata tożsamość dziecka pozostawała przerażającą zagadką, a apele policji odbijały się echem od murów milczenia. Dopiero anonimowy telefon, niczym głos sumienia, skierował śledczych do Będzina, gdzie czekali rodzice – Beata Ch. i Jarosław R. To wydarzenie na zawsze zapisało się w pamięci Polaków jako symbol bezwzględnego okrucieństwa.
Ujawnione śledztwo obnażyło makabryczną prawdę o ostatnich dniach niespełna dwuletniego Szymona. Chłopiec zmarł w wyniku pęknięcia jelita, spowodowanego brutalnym ciosem ojca w brzuch. To, co nastąpiło później, przechodzi ludzkie pojęcie: rodzice przez trzy dni biernie przyglądali się jego agonii, odmawiając jakiejkolwiek pomocy medycznej. Po śmierci syna, z zimną krwią spakowali jego ciało do torby i w towarzystwie własnych córek, przewieźli zwłoki blisko sto kilometrów, by porzucić je w niecce stawu, co dodatkowo pogłębiało tragizm tej historii.
Wolność matki po trzynastu latach
Beata Ch., której nazwisko na zawsze zostanie związane z tym potwornym czynem, odbyła pełną karę 13 lat pozbawienia wolności, skazana za zabójstwo z zamiarem ewentualnym. 20 czerwca 2023 roku opuściła mury zakładu karnego, wracając do świata, który zapewne już jej nie pamięta i być może nie chce pamiętać. Tymczasem ojciec chłopca, Jarosław R., który zadał śmiertelny cios, wciąż odsiaduje swój 15-letni wyrok i na wolność ma wyjść dopiero w grudniu 2027 roku, pozostając za kratami jako symbol sprawiedliwości.
Jednak powrót do „normalności” w przypadku Beaty Ch. przybrał formę ucieczki przed przeszłością. Jak donosi dziennik „Fakt”, kobieta z premedytacją przygotowywała się do zniknięcia jeszcze za kratami więzienia. Zmieniła imię i nazwisko, adoptując dane swoich biologicznych rodziców, co rzuca nowe światło na jej skomplikowaną historię osobistą. Po wyjściu na wolność nie wróciła ani do Będzina, ani do rodzinnego Mysłowic, zapadając się pod ziemię niczym kamień wrzucony do jeziora, starając się zatrzeć za sobą wszelkie ślady.
„Nie wróciła na stare śmieci, nikt by jej tu nie przyjął. Do moich dzieci też się nie odezwała, zniknęła” – powiedział w rozmowie z „Faktem” Marek D., były mąż kobiety.
Rodzina odcina się od przeszłości?
Były mąż Beaty Ch., Marek D., w rozmowie z „Faktem” wyraźnie podkreślił swoje stanowisko, deklarując brak chęci utrzymywania jakichkolwiek kontaktów z byłą żoną. To zresztą postawa typowa dla całej rodziny, która czuje się głęboko oszukana i zmanipulowana przez kobietę, która zadała tyle bólu. Jest to zrozumiałe w kontekście tragedii, która spadła na nich wszystkich, burząc spokój i zaufanie na lata, i wydaje się być nieodwracalne.
Ironia losu polega na tym, że krewni przez lata wspierali Beatę Ch., regularnie wysyłając jej paczki i pieniądze do więzienia, w nadziei na jakąś formę zadośćuczynienia czy skruchy. Jednak ich lojalność była testowana przez rosnące żądania kobiety, która zdawała się nie doceniać ich gestów. Szczytem oburzenia była jej decyzja o niepojawieniu się na pogrzebie adopcyjnego ojca, mimo możliwości skorzystania z przepustki. „Przecież ojciec jej robił paczki i do więzienia wysyłał” – mówiła z żalem krewna „Faktowi”, podkreślając skalę zawiedzionych nadziei.
„Przecież ojciec jej robił paczki i do więzienia wysyłał” – mówi "Faktowi" krewna Beaty Ch.
Jaki los czeka matkę Szymonka?
Ostatecznym dowodem na to, jak głęboka jest przepaść między Beatą Ch. a jej bliskimi, było odrzucenie przez rodzinę propozycji kuratora. Chodziło o możliwość zamieszkania kobiety pod ich dachem po opuszczeniu więzienia, co jednoznacznie wskazuje na brak możliwości pojednania. Beata Ch., choć matka ośmiorga dzieci, nie utrzymuje kontaktu z żadnym z nich, co tylko podkreśla jej izolację i samotność. Los, który wybrała lub który został jej przypisany, wydaje się być ścieżką samotności, bez szans na powrót do rodzinnego ciepła.
Dwie córki, które w dzieciństwie stały się mimowolnymi świadkami makabrycznej podróży z ciałem brata, zostały na szczęście adoptowane i dziś wiodą życie za granicą, z dala od traumy, która naznaczyła ich wczesne lata. Ich historia, choć naznaczona tragedią, daje nadzieję na nowy początek i uwolnienie od przeszłości. Tymczasem Jarosław R. wciąż liczy dni do grudnia 2027 roku, kiedy to otworzą się przed nim bramy więzienia, niosąc ze sobą własne pytania o przyszłość i ciężar dokonanych czynów, które nigdy nie zostaną zapomniane.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.