Spis treści
Wizyta u bohaterek Powstania
Redakcja „Super Expressu” wraz z wolontariuszami Muzeum Powstania Warszawskiego wyruszyła w podróż pełną szacunku i pamięci, aby dotrzeć do niezwykłych świadków historii. W ramach akcji "Paczka dla Powstańca" przekazano blisko pięćset pakunków z upominkami, które przed Wigilią trafią do weteranów walk o Warszawę oraz żołnierzy Armii Krajowej rozsianych po całej Polsce. Część tych paczek, symbolizujących wdzięczność narodu, jest dostarczana osobiście, co stanowi niezapomnianą okazję do bezpośredniego kontaktu i wzruszeń.
Podczas jednej z takich wizyt spotkano sanitariuszkę z Mokotowa Marię Kowalską, pseudonim "Myszka", oraz Irenę Krajewską, pseudonim "Lala", sanitariuszkę i łączniczkę zgrupowania „Róg” Grupy Północ AK. Obie panie, w wieku stu i dziewięćdziesięciu ośmiu lat, przyjęły gości z otwartymi ramionami, a ich uśmiechy rozjaśniały próg mieszkań, będąc żywym świadectwem niezwykłej witalności i pogodzie ducha. To pokolenie, które przeżyło piekło wojny, wciąż zachwyca niezwykłą siłą.
"Dziękujemy, że jesteście, że dzielicie się z nami swoim doświadczeniem, przeżyciami, historią. Ta paczka, to tylko symbol, że pamiętamy, że kochamy was, że jesteście dla nas ważni. Życzymy kolejnych lat w zdrowiu i siłach " – mówią Kasia i Krystian.
Co kryje przepis na długie życie?
Spotkanie z bohaterkami staje się momentem nie tylko na wręczenie świątecznych upominków, ale także na cenną wymianę myśli i refleksji nad życiem, które naznaczyły wojenne doświadczenia. Maria Kowalska, stuprocentowa stulatka, od razu zaprasza do stołu, z gracją przygotowując herbatę, a co zaskakujące – obie panie czytają bez okularów, co świadczy o ich niezwykłej kondycji umysłowej i fizycznej. To pokolenie, które stawia na to, co w życiu najważniejsze, bez zbędnych, małowartościowych trosk, a ich siła inspiruje do głębszych przemyśleń nad własnym istnieniem.
Kiedy jednak rozmowa schodzi na temat długowieczności, Irena Krajewska, znana jako "Lala", reaguje z charakterystycznym dla siebie humorem, wcale nie siląc się na udawanie wszechwiedzącej. Jej odpowiedź to esencja skromności i braku pretensjonalności, świadectwo pokolenia, które przeszło tak wiele, a wciąż potrafi zachować dystans i radość z drobnych rzeczy. To pokazuje, że czasem najprostsze prawdy są najbardziej wartościowe, a życie samo w sobie jest największą tajemnicą.
"No ja nie wiem dlaczego ja tak długo żyję – śmieje się pani Irena „Lala”.- Jaka jest na to recepta? Nie wiem… Sama się dziwię."
Świąteczna tułaczka Ireny
Wspomnienia świąt Bożego Narodzenia, zarówno tych radosnych, jak i naznaczonych piętnem wojny, wyłaniają się z każdą opowieścią, budząc głęboką refleksję nad ludzkim losem. Pani Irena z uśmiechem, ale i nutą goryczy, przywołuje historię Wigilii, którą przyszło jej spędzić w wyjątkowo niecodziennych okolicznościach, wiele lat po wojnie. To zdarzenie, choć dziś budzące uśmiech, wówczas było źródłem ogromnego smutku i poczucia bezsilności wobec losu, co pokazuje kruchość planów w obliczu prozy życia i jego nieprzewidywalności.
Dramaturgia tej konkretnej Wigilii, spędzonej na ławce śmierdzącego dworca w Kutnie, jest dobitnym przykładem, jak nawet po zakończeniu działań wojennych, echa trudnych czasów potrafiły pokrzyżować proste, ludzkie marzenia. To przypomnienie, że życie pisało i pisze scenariusze, które dalekie są od idealistycznych wizji, zwłaszcza dla tych, którzy przeszli tak wiele i widzieli najgorsze oblicze świata, co wpływa na ich postrzeganie rzeczywistości.
"Jechałam pod Gostynin, żeby spędzić Wigilię z braćmi. Musiałam się przesiąść w Kutnie, ale mój pociąg się spóźnił i na tę przesiadkę nie zdążyłam. Całą wigilijną noc spędziłam na ławce na śmierdzącym dworcu. Piękne święta, co? Dziś się z tego śmieje, ale wtedy było mi tak przykro, że bracia na mnie czekają, martwią się, a ja utknęłam bezsilnie " – opowiada Irena Krajewska.
Kim jest Mokotowska Myszka?
W mieszkaniu Marii Kowalskiej, pieszczotliwie zwanej "Myszką", uwagę przyciąga niecodzienna kolekcja – liczne figurki i maskotki myszy, które są symbolicznym nawiązaniem do jej konspiracyjnego pseudonimu z czasów Powstania Warszawskiego. To uroczy element, który dodaje lekkości opowieściom o niezwykle trudnych czasach, a jednocześnie podkreśla indywidualizm i niezwykłą osobowość sanitariuszki z Mokotowa. Kolekcja stale się powiększa, świadcząc o pamięci bliskich i przyjaciół, którzy celebrują jej historię.
Ta osobliwa pasja to nic innego jak pamiątka minionych lat, dowód na to, że nawet w najmroczniejszych chwilach człowiek potrafi odnaleźć przestrzeń na odrobinę humoru i symboliki, która oswaja bolesne wspomnienia. Ostatnia z figurek, która ozdobiła tort na setne urodziny pani Marii, to świadectwo niezwykłej więzi między pseudonimem a osobą, która pod nim służyła, stając się niezapomnianą ikoną heroicznej walki o wolność i godność.
"Gdy wojna się zaczęła, miałam 14 lat i pięć sióstr. Wigilia była każdego roku, nawet w wojnę. Biedna albo biedniejsza. Ale zawsze coś tam się sprzedało, żeby coś kupić. Uwielbiałam bigos, moja mama robiła świetny " – mówi, poproszona o wspomnienie Wigilii z czasów wojny.
Wigilia w obozowym piekle
Prawdziwie wstrząsające są wspomnienia Wigilii z czasów wojny, które Maria Kowalska przywołuje z bolesną dokładnością i nieukrywanym cierpieniem, mimo upływu lat. Wojna, która zastała ją jako czternastolatkę z pięcioma siostrami, nie zdołała jednak całkowicie wymazać tradycji świątecznych. Mimo wszechobecnej biedy, zawsze udawało się zorganizować choćby skromną wieczerzę, bazując na tym, co udało się zdobyć, świadcząc o niezwykłej sile ludzkiego ducha i dążeniu do normalności w nienormalnych czasach, co było dla nich formą oporu.
Najgłębiej w pamięci utkwiła jej Wigilia spędzona w obozie koncentracyjnym Stutthof, zaraz po upadku Powstania. Trafiła tam wraz z grupą czterdziestu dziewcząt z Mokotowa. Jako jeńcy wojenni, cieszyły się tam specyficznym statusem, co było swoistym paradoksem w piekle obozu. Nie ogolono im głów, a na białych opaskach widniał napis AK, co było dla nich ironicznie interpretowane jako "Arbeitskommando" zamiast Armii Krajowej, dodając gorzkiego humoru do tragicznej rzeczywistości. To świadectwo, jak ludzki umysł stara się przetrwać, nawet w obliczu niewyobrażalnego.
"Śmiałyśmy się, że to od Arbeitskommando, ale to rzeczywiście AK miało być. Tak nas oznaczyli. Pamiętam, że 24 grudnia 1944 r. pół dnia obierałyśmy ziemniaki w oficerskiej kartoflarni i do baraków wróciłyśmy koło godz. 21 i dopiero wtedy urządziłyśmy sobie na obozowych pryczach wigilię, taką prawie bez niczego, chociaż ktoś nam nawet przyniósł jakąś choinkę, podzieliłyśmy się chlebem zamiast opłatkiem. Popłakałyśmy. Ale wpadła strażniczka, rozwaliła nam to wszystko. Ot i taka wigilia " – wspomina „Myszka”.
Recepta na długowieczność?
Opowieść o obozowej Wigilii w Stutthofie to symbol niezwykłej wytrwałości i siły, jaką kobiety te musiały wykazać w obliczu niewyobrażalnego okrucieństwa nazistowskiego reżimu. Nawet w tak straszliwych warunkach, starały się zachować resztki człowieczeństwa i nadziei, dzieląc się skromnym chlebem i wspólnie płacząc w ukryciu. To świadectwo niezłomnego ducha, który nawet w obozowym piekle potrafił szukać iskier normalności i wspólnoty, co jest niezaprzeczalnym dowodem na ludzką wolę przetrwania.
Na koniec rozmowy powraca odwieczne pytanie o receptę na długie życie w tak świetnej formie, które nurtuje wielu w dobie współczesnego poszukiwania eliksiru młodości. Maria Kowalska odpowiada z prostotą i mądrością, nie podając jednak cudownych rozwiązań. Jej spostrzeżenie o genach oraz sugestia unikania cukru, choć być może brzmiące trywialnie, niosą ze sobą głębsze przesłanie o znaczeniu równowagi i natury, będąc testamentem pokolenia, które doskonale wiedziało, jak przetrwać, niezależnie od okoliczności.
"Nie jeść cukru. Ale u mnie to chyba chodzi o geny. Moja mama żyła 99 lat " – zauważa na zakończenie Maria Kowalska.
Pamięć o bohaterach trwa
Pożegnanie z bohaterkami, Marią Kowalską i Ireną Krajewską, to moment refleksji nad przemijającym czasem i niezłomnością ludzkiego ducha, który przeszedł najcięższe próby. Redakcja „Super Expressu” z głębi serca życzy paniom 200 lat i zdrowia, co jest wyrazem najwyższego szacunku i podziękowania za ich niezłomny wkład w historię narodu. Ich historie, podobnie jak wielu innych Powstańców Warszawskich, powinny być ciągle przypominane i czczone, jako cenne lekcje dla przyszłych pokoleń.
Te opowieści to nie tylko świadectwo przeszłości, ale także żywa lekcja historii dla przyszłych pokoleń, które nierzadko zapominają o fundamentalnych wartościach. Przypominają o cenie wolności, o tym, że nawet w najczarniejszych chwilach można odnaleźć nadzieję i siłę, a pamięć jest największym dziedzictwem. Zachowanie pamięci o takich ludziach, jak Maria Kowalska i Irena Krajewska, jest fundamentalnym obowiązkiem społeczeństwa, aby heroizm nie został zapomniany, a przyszłość budowana była na solidnych fundamentach przeszłości.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.