Spis treści
Eksplozja na torach w Mice
W sobotę 15 listopada, po godzinie 21, mieszkańcy okolic stacji Mika w powiecie garwolińskim usłyszeli potężny huk. Była to eksplozja ładunku wybuchowego umieszczonego na torach linii kolejowej nr 7, tuż przy stacji PKP Mika. Działanie to miało na celu uszkodzenie infrastruktury kolejowej, co mogło prowadzić do poważnych konsekwencji.
Zanim służby zostały powiadomione o zdarzeniu, po uszkodzonym odcinku torów przejechało kilka składów pasażerskich i towarowych. Dopiero w niedzielę rano, 17 listopada, jeden z maszynistów zgłosił niepokojące nierówności w torze. Kolejny jadący pociąg, prowadzony przez Mateusza Maciaka, zatrzymał się w ostatniej chwili. Wówczas wyszło na jaw, że skala uszkodzeń jest ogromna i o krok brakowało do katastrofy kolejowej.
Sabotaż kolejowy potwierdzony
W poniedziałek 17 listopada premier Donald Tusk oficjalnie potwierdził, że na odcinku Warszawa-Lublin doszło do celowego działania o charakterze dywersyjnym. Informacja ta wstrząsnęła opinią publiczną i zwróciła uwagę na kwestie bezpieczeństwa infrastruktury krytycznej. Szybkie działania służb doprowadziły do zidentyfikowania sprawców tego aktu.
W związku z uszkodzeniem torów kolejowych zarzuty postawiono dwóm obywatelom Ukrainy: Ołeksandrowi K. i Jewhenijowi I. Ich działania są obecnie przedmiotem szczegółowego śledztwa, które ma na celu wyjaśnienie wszystkich okoliczności zdarzenia. Sprawa jest traktowana priorytetowo ze względu na potencjalne zagrożenie dla życia i zdrowia wielu osób.
Maszynista Mateusz Maciak opowiada
Dziennikarzom WP udało się porozmawiać z Mateuszem Maciakiem, maszynistą pociągu Kolei Mazowieckich nr 12713 relacji Warszawa Zachodnia – Dęblin. To on zatrzymał skład tuż przed uszkodzonym odcinkiem torów, zapobiegając potencjalnej tragedii. Mężczyzna szczegółowo opisał przebieg wydarzeń z niedzielnego poranka.
Mateusz Maciak wyjaśnił, że po wyruszeniu z przystanku Mika dyżurny ruchu poinformował go przez radiotelefon o niepokojących nierównościach wykrytych przez poprzedni pociąg. Otrzymana informacja pozwoliła mu zachować szczególną ostrożność i obserwować tor. Dzięki temu mógł w porę zareagować i podjąć kluczową decyzję o zatrzymaniu składu.
"Po wyruszeniu ze stacji Mika jechałem bardzo wolno i obserwowałem tor. Kiedy zauważyłem przeszkodę, było dwadzieścia kilka minut po siódmej rano" - relacjonował maszynista w rozmowie z WP.
Kiedy maszynista zauważył uszkodzenie?
Kiedy maszynista Mateusz Maciak zauważył przeszkodę na torach, było to dwadzieścia kilka minut po siódmej rano w niedzielę. W pociągu oprócz niego i pozostałych członków załogi znajdowało się również kilkoro pasażerów. Szybka reakcja załogi zapobiegła zagrożeniu dla wszystkich osób na pokładzie.
Po zatrzymaniu składu Mateusz Maciak wraz z kierownikiem pociągu natychmiast udali się, aby dokładnie obejrzeć uszkodzony odcinek torów. To, co zobaczyli na miejscu, w pełni uświadomiło im skalę zagrożenia. Niewiele brakowało, aby doszło do tragedii, która mogłaby dotknąć wiele rodzin.
"Po uświadomieniu sobie, jak tragiczne mogło się to skończyć, faktycznie czułem przerażenie. Mimo wszystko starałem się zachować spokój, aczkolwiek czułem się nieswojo. Raczej każdy z nas wychodząc do pracy, lub jadąc pociągiem jako podróżny, nie myśli, że ktoś może chcieć wyrządzić krzywdę i to w taki sposób" - przyznał w rozmowie z WP Mateusz Maciak.
Jakie byłyby skutki wykolejenia pociągu?
Maszynista Mateusz Maciak podkreślił, że miejsce wybrane przez sprawców dywersji mogło znacznie spotęgować skutki ewentualnego wykolejenia pociągu. Odcinek torów znajduje się na łuku i dodatkowo na bardzo wysokim nasypie, co stwarzało ekstremalnie niebezpieczne warunki. W przypadku wykolejenia pociągu w takich okolicznościach, konsekwencje mogłyby być katastrofalne.
Pociąg prowadzony przez Mateusza Maciaka mógł poruszać się z rozkładową prędkością 120 km/h, jednak inne składy w tym miejscu osiągają nawet 160 km/h. To wskazuje na skalę zagrożenia i potencjał do ogromnej tragedii. Połączenie wysokiej prędkości, zakrętu i nasypu czyniło to miejsce szczególnie podatnym na katastrofę.
"Pociąg, który prowadziłem, mógł poruszać się rozkładowo 120 km/h, aczkolwiek inne pociągi mogą tam jeździć z prędkością 160 km/h. W miejscu, w którym się to wydarzyło, mogło dojść do naprawdę dużej tragedii. Jest to miejsce na łuku i w dodatku na bardzo wysokim nasypie" - wyjaśnił w rozmowie z WP.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.