Spis treści
Fatalny piątek na Woli
Pewien piątek, a konkretnie 19 stycznia 2001 roku, miał na zawsze zmienić los czteroletniego Michałka i wstrząsnąć opinią publiczną całej Polski. Około południa do jednego z przedszkoli na warszawskiej Woli przybył 22-letni Robert K. w towarzystwie swojego kolegi, 19-letniego Daniela S. Mężczyzna, który regularnie pojawiał się w placówce w towarzystwie matki chłopca, poprosił przez domofon o odebranie „Michałka z I grupy”. Personel przedszkola, znając jego głos i widując go z Barbarą S., nie miał żadnych powodów do podejrzeń ani wątpliwości.
Gdy czteroletni Michałek ujrzał „tatusia”, jego radość była szczera i niewinna, rzucił mu się na szyję z ufnością typową dla dziecka. Chłopiec opuścił przedszkole w dobrym nastroju, spokojny i uśmiechnięty, nieświadomy okrutnego losu, jaki go czekał. Nikt wtedy nie przypuszczał, że to ostatnie chwile, gdy ktokolwiek widzi go żywego i beztroskiego, a spacer, na który się wybierał, będzie jego ostatnią drogą.
„Tato, tato, co robisz?! Ratuj!”
Ostatnie sekundy życia
Trójka, składająca się z Roberta K., Daniela S. i małego Michałka, niezwłocznie wyruszyła w kierunku Wisły, jakby cel tej makabrycznej podróży był z góry ustalony. To właśnie tam, nad lodowatymi wodami rzeki, rozegrał się niewyobrażalny dramat, który do dziś mrozi krew w żyłach. Jak relacjonował portal natemat.pl, w chwili wrzucania do wody bezbronny Michałek miał krzyczeć: „Tato, tato, co robisz?! Ratuj!”. Te słowa stały się bolesnym symbolem jego przerażenia i bezsilności wobec oprawcy, któremu ufał bezgranicznie.
Mała kurtka, którą chłopiec miał na sobie, na krótką chwilę utrzymała go na powierzchni, dając złudną nadzieję, która szybko prysła w objęciach mroźnej wody. Lekarze, przeprowadzający sekcję zwłok, z przerażającą precyzją wyliczyli, że agonia dziecka trwała dokładnie 240 sekund, czyli cztery długie minuty niewyobrażalnego cierpienia. Kilka godzin później, gdy matka dziecka, Barbara S., w towarzystwie Roberta K. zjawiła się w przedszkolu, usłyszała druzgocącą wiadomość o odebraniu synka przez „innego mężczyznę”. Załamana kobieta zgłosiła zaginięcie, rozpoczynając tym samym desperackie poszukiwania.
Lodowata rzeka kryje tajemnicę
Finał poszukiwań okazał się tragiczny i potwierdził najgorsze obawy, rzucając cień na całą sprawę. Następnego dnia o świcie, 20 stycznia 2001 roku, wędkarz zarzucający sieci w okolicach mostu Grota-Roweckiego natknął się na makabryczne znalezisko – w Wiśle unosiło się ciało dziecka, skute lodem. Policja została natychmiast powiadomiona, a wstępne oględziny i okoliczności wskazywały na to, że doszło do brutalnego zabójstwa. Sekcja zwłok wkrótce potwierdziła, że przyczyną śmierci chłopca było utonięcie w lodowatej wodzie, co przypieczętowało jego tragiczny los.
Śledczy, stojący przed skomplikowaną zagadką, natychmiast rozpoczęli intensywne przesłuchania wszystkich osób, które mogły mieć jakikolwiek związek ze sprawą. Na komendę trafili: 20-letnia matka chłopca Barbara S., biologiczny ojciec Michałka – 29-letni Piotr S., konkubent kobiety Robert K. oraz jego kolega Daniel S. Rodzice zostali szybko zwolnieni, ponieważ nie znaleziono żadnych dowodów wskazujących na ich udział w śmierci dziecka. Jednak Robert K. i Daniel S. zaczęli gubić się w zeznaniach, zmieniając wersje wydarzeń i obarczając się nawzajem winą, co tylko pogłębiało podejrzenia.
Zeznania oskarżonego
Po dniach lawirowania i sprzecznych wersji, 23 stycznia Robert K. ostatecznie przyznał się do utopienia czteroletniego Michałka, rzucając nowe światło na całą sprawę. Jednak w jego zeznaniach pojawił się kolejny, szokujący wątek: twierdził, że zbrodni dokonał wspólnie z Danielem S., ale co gorsza, działali na zlecenie. To twierdzenie wywołało falę spekulacji i skierowało uwagę śledczych w zupełnie nowym kierunku, budząc obawy o ukryte motywy i ewentualnych mocodawców.
„Od dawna mówiła, że chciałaby zrobić z nim porządek, żeby Michał jej nie zawadzał. Dla niej ważniejsza była zabawa niż dziecko” – mówił śledczym Robert K., cytowany później przez onet.pl. Te słowa rzuciły cień podejrzeń na Barbarę S., matkę chłopca, sugerując jej współudział. W mediach natychmiast pojawiła się kolejna hipoteza – polisa na życie, która w razie śmierci synka miała przynieść matce 100 tys. zł, co dla wielu stało się „dowodem” na jej perfidię. Opinia publiczna szybko wydała swój bezlitosny wyrok, nazywając kobietę „wyrodną matką” i „dzieciobójczynią”.
„Od dawna mówiła, że chciałaby zrobić z nim porządek, żeby Michał jej nie zawadzał. Dla niej ważniejsza była zabawa niż dziecko”
„Nigdy nie mówiłam o chęci pozbycia się syna! Nie rozważałam oddania Michasia do adopcji. On był dla mnie najważniejszy. Wolałabym sama zginąć”
Szokujący werdykt sądu
Barbara S. stanowczo zaprzeczała wszystkim zarzutom, broniąc się przed miażdżącą opinią publiczną i oskarżeniami. „Nigdy nie mówiłam o chęci pozbycia się syna! Nie rozważałam oddania Michasia do adopcji. On był dla mnie najważniejszy. Wolałabym sama zginąć” – odpowiadała, ale jej słowa tonęły w szumie medialnej nagonki. Razem z Robertem K. i Danielem S. trafiła do aresztu, a prokuratura domagała się dla nich kary dożywotniego pozbawienia wolności, co tylko podsycało emocje. Społeczeństwo domagało się sprawiedliwości, wierząc w oczywistą winę matki, podsycaną przez sensacyjne doniesienia.
Proces sądowy rozpoczął się pod koniec 2001 roku, w atmosferze ogromnego zainteresowania mediów i opinii publicznej, która już dawno wydała swój werdykt. 25 lutego 2002 roku zapadł pierwszy wyrok, który zszokował wielu. Wszyscy oskarżeni – Barbara S., Robert K. i Daniel S. – zostali uznani za winnych morderstwa. Sąd uznał, że to matka Michałka była mózgiem zbrodni, za co razem z Robertem K. otrzymała wyrok 25 lat więzienia, zaś Daniel S. został skazany na 15 lat. Gdy sędzia wypowiedziała słowo „winna”, Barbara S. osunęła się na ziemię, szepcząc słowa rozpaczy i niewiary w wymiar sprawiedliwości.
„Boże, ja nie jestem niczemu winna” - szeptała. Chwilę później krzyczała: „Jezu! Nie wierzę w sprawiedliwość.”
Apelacja zmienia bieg sprawy
Od pierwszego, szokującego wyroku złożono apelację, co otworzyło drogę do ponownego rozpatrzenia tej skomplikowanej sprawy. Sąd Apelacyjny, po wnikliwej analizie materiału dowodowego, uznał, że dowody obciążające Barbarę S. są niewystarczające, co podważyło wcześniejsze ustalenia. Zwrócono uwagę na fakt, że Robert K. wielokrotnie zmieniał swoje zeznania, a w pierwszych w ogóle nie obciążał matki dziecka. Sam przyznał później, że część winy zrzucił na Barbarę S. z obawy o własne życie i twierdził, że był bity podczas przesłuchań, co rzuciło cień na wiarygodność jego wcześniejszych relacji.
Sprawa Michałka wracała na wokandę jeszcze kilkukrotnie, stając się jednym z najbardziej skomplikowanych i zmiennych procesów w polskim wymiarze sprawiedliwości. Doszło do sytuacji bezprecedensowej – o uniewinnienie Barbary S. zawnioskowała sama prokuratura, co było jawnym sygnałem o braku niezbitych dowodów. Ostatecznie sąd uznał, że brak jest dowodów na to, by kobieta planowała lub zleciła zabójstwo, i została oczyszczona ze wszystkich zarzutów. Robert K. usłyszał ostateczny wyrok 25 lat więzienia, a Daniel S. – 15 lat, co zakończyło ich prawną batalię.
Motyw zbrodni i zadośćuczynienie
Po wszystkich sądowych bataliach i publicznych oskarżeniach, najważniejsze pytanie wciąż pozostawało bez odpowiedzi przez długi czas: dlaczego zginął Michałek? Prawda okazała się równie prosta, co brutalna. Jak stwierdził Robert K., zabił dziecko z zazdrości, motywowanej chorym egoizmem. Nie mógł znieść tego, że Barbara S. rezygnowała ze spotkań z nim, by zajmować się synem, postrzegając czterolatka jako przeszkodę w ich związku i źródło jego frustracji. Ta potworna zbrodnia, dokonana z tak błahego powodu, wstrząsnęła opinią publiczną, pokazując mroczną stronę ludzkiej natury.
Barbara S., po uprawomocnieniu się wyroku i uniewinnieniu od zarzutów, które przez lata niszczyły jej życie, wystąpiła o zadośćuczynienie za 20 miesięcy niesłusznego aresztu. Otrzymała od Skarbu Państwa kwotę 110 tys. zł, która, choć była pewną formą rekompensaty, nigdy nie zrekompensuje straty syna ani lat walki o dobre imię. Michałek, ofiara tej niewyobrażalnej tragedii, został pochowany na Podlasiu, z dala od zgiełku i okrucieństwa, które naznaczyły jego krótkie życie.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.