Spis treści
Grenlandia na celowniku USA
Choć cieśnina Sund oddzielająca duńską Zelandię od Szwecji jest na tyle wąska, że czasem można dostrzec drugie wybrzeże, to nie historyczny sąsiad spędza sen z powiek mieszkańcom Kopenhagi. Dziś największe obawy duńskich polityków budzi wizja powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu i jego niezmienne zakusy na należącą do Królestwa Danii Grenlandię. Amerykańskie dążenia do przejęcia tej strategicznej wyspy mają długą historię, ale pod rządami Trumpa nabrały niepokojąco realnych kształtów.
Temat, który w Polsce mógł już pójść w zapomnienie, w Danii wciąż traktowany jest ze śmiertelną powagą. Wizyta w Kopenhadze i rozmowy z tamtejszymi urzędnikami oraz ekspertami uświadamiają skalę tego zaniepokojenia. Duńczycy doskonale pamiętają o wcześniejszych deklaracjach amerykańskiego prezydenta i nie lekceważą nawet najbardziej absurdalnie brzmiących gróźb, zwłaszcza w kontekście wcześniejszych, podobnych ruchów administracji USA.
Trump nie zapomniał o Grenlandii?
Jak wynika z doniesień, w ostatnich miesiącach Donald Trump co prawda nie wspominał publicznie o aneksji Grenlandii, ale w Kopenhadze nikt nie traktuje tego jako znaku rezygnacji z planów. Urzędnicy i eksperci zwracają uwagę, że natłok globalnych wydarzeń po prostu chwilowo odwrócił uwagę prezydenta. Dla Duńczyków to ciągłe zagrożenie, które czeka na odpowiedni moment, by znów wypłynąć na powierzchnię międzynarodowej dyplomacji.
Gróźb Trumpa nikt w duńskim rządzie nie uważa za żart czy wybujałą fantazję. Są one postrzegane jako jasny wyraz imperialistycznych ambicji, a historia pokazuje, że podobne idee rzadko bywały jedynie retoryką. Władze Danii z pełną świadomością analizują każdy sygnał płynący z Waszyngtonu, przygotowując się na najgorszy scenariusz, a wsparcie sojuszników z NATO jest kluczowe w tych rozważaniach.
Dlaczego Grenlandia jest tak ważna?
Czym właściwie Grenlandia, zamieszkała przez zaledwie 56 tysięcy osób i w 80 procentach pokryta lodem, tak bardzo intryguje Donalda Trumpa? Odpowiedź kryje się w jej strategicznym położeniu, które od lat stanowi punkt zainteresowania mocarstw. Eksperci wskazują, że to właśnie przez biegun północny i nad Grenlandią przebiegałaby najkrótsza trasa dla rakiet, które Rosja mogłaby wysłać w kierunku Stanów Zjednoczonych, co czyni wyspę kluczowym elementem obrony.
Obszar morski między Grenlandią, Islandią a Wielką Brytanią to także niezwykle istotny korytarz dla statków handlowych oraz okrętów wojennych i podwodnych. W kontekście globalnych zmian klimatycznych, topniejący lód otwiera ten region na jeszcze większy ruch morski, co przyciąga uwagę Rosji i Chin, które rozbudowują swoje militarne zdolności w Arktyce. Amerykański think tank The Arctic Institute od dawna rekomenduje USA rozwój swojej obecności w tym strategicznym regionie.
Surowce na Grenlandii?
Topniejące lody Arktyki to nie tylko kwestie militarne, ale także obietnica łatwiejszego dostępu do cennych surowców mineralnych, takich jak metale ziem rzadkich, uran czy rudy żelaza. Administracja Trumpa, podobnie jak wiele innych, doskonale zdaje sobie sprawę z potencjalnego bogactwa Grenlandii i obawia się, że dostęp do nich mogłyby zyskać Chiny, dominujące obecnie na rynku metali ziem rzadkich.
Mimo tych perspektyw, eksperci podkreślają, że dostęp do grenlandzkich kopalin jest wciąż niezwykle trudny i bardzo kosztowny. W najbliższej przyszłości wydobycie surowców z wyspy nie zmieni globalnych reguł gry, co stanowi pewne uspokojenie dla Kopenhagi. Jednakże długoterminowe plany mocarstw nie pozostawiają złudzeń, że zainteresowanie zasobami Grenlandii będzie tylko rosnąć.
Długa historia amerykańskich zakusów
Zainteresowanie Ameryki Grenlandią to bynajmniej nie wynalazek Donalda Trumpa. Już w latach 60. XIX wieku prezydent Andrew Johnson, znany z zakupu Alaski od Rosji, rozważał podobną transakcję, obejmującą Grenlandię i Islandię. Pół wieku później, na początku XX wieku, z podobnymi ideami nosił się prezydent William Howard Taft, co pokazuje, że wyspa od dawna była obiektem geopolitycznych marzeń Waszyngtonu.
Szczególnie intrygujące są próby odkupienia wyspy od Danii tuż po II wojnie światowej, kiedy to administracja Harry’ego Trumana oferowała Duńczykom 100 milionów dolarów w złocie. Informacja ta ujrzała światło dzienne dopiero w 1991 roku, gdy duńscy dziennikarze dotarli do odtajnionych dokumentów. Choć transakcja nie doszła do skutku, amerykańskie wojska, które okupowały Grenlandię podczas wojny, by chronić ją przed Niemcami, pozostały tam na stałe, co położyło podwaliny pod obecną obecność USA.
Wojskowa obecność USA na Grenlandii
W 1951 roku USA i Dania podpisały umowę, która oficjalnie usankcjonowała obecność amerykańskich wojsk na wyspie. W czasach zimnej wojny na Grenlandii działało aż 17 amerykańskich baz. Dziś funkcjonuje już tylko jedna – Pituffik Space Base, ale dla Kopenhagi to i tak satysfakcjonujące rozwiązanie. Duńczycy podkreślają w rozmowach, że ta umowa powinna zadowalać Amerykanów w kwestiach bezpieczeństwa, dając im pełną swobodę działania i możliwość stworzenia dowolnej liczby baz.
Mimo tych zapewnień, Donald Trump nigdy nie wydawał się być usatysfakcjonowany. W 2019 roku, podczas swojej pierwszej kadencji w Białym Domu, ogłosił chęć nabycia wyspy, co wywołało poważne napięcia dyplomatyczne. Premierka Danii, Mette Frederiksen, nie przebierała wtedy w słowach, stanowczo odrzucając propozycję. „Grenlandia nie jest na sprzedaż. Grenlandia nie jest duńska. Grenlandia należy do Grenlandii” — mówiła wówczas Frederiksen.
„Mam nadzieję, że to nie jest na serio” – dodała wtedy Frederiksen. Propozycję i dyskusję, która wybuchła po słowach Trumpa nazwała absurdalną.
Reakcja Trumpa i próby wpływu
Reakcja Trumpa na twarde stanowisko duńskiej premierki była natychmiastowa i charakterystyczna dla jego stylu: obraził się i odwołał planowaną wizytę w Kopenhadze, nazywając słowa Frederiksen „niegrzecznymi” i „niemiłymi”. To jasno pokazało, jak poważnie traktował ideę zakupu Grenlandii. Kiedy w styczniu tego roku Trump ponownie zaczął snuć wizje przejęcia wyspy, a nawet nie wykluczył interwencji militarnej, reakcje duńskiej premierki były już bardziej stonowane, uwzględniając kruche ego amerykańskiego prezydenta.
Karczemnej awantury uniknięto także wtedy, gdy duńskie media publiczne ujawniły informacje o tajnych operacjach prowadzonych na Grenlandii przez osoby powiązane z Donaldem Trumpem. Ich celem miało być wpływanie na nastroje mieszkańców i wzniecanie nastrojów separatystycznych, dyskredytując Danię i podważając jej zwierzchnictwo nad wyspą. Mimo tych incydentów, władze Danii zachowały spokój, ograniczając się do klasycznych działań dyplomatycznych.
Co na to mieszkańcy Grenlandii?
W całej tej rozgrywce o strategiczną wyspę, nie można zapominać o samych mieszkańcach Grenlandii, czyli Inuitach. Choć 600 lat duńskiej dominacji i liczne skandale związane z traktowaniem rdzennej ludności (jak przymusowa antykoncepcja czy adopcje w XX wieku) wywołały wzrost nastrojów separatystycznych, Inuici nadal widzą swój interes w utrzymaniu relacji z Danią. Gospodarka oparta na rybołówstwie i znaczne dotacje z Kopenhagi sprawiają, że realna niepodległość jest na razie poza zasięgiem.
Co jednak najważniejsze, mieszkańcy Grenlandii nie mają zamiaru stać się częścią Stanów Zjednoczonych. Badania opinii publicznej jasno wskazują, że aż 85 procent Grenlandczyków nie chce być częścią Ameryki. Wybrany w tym roku premier wyspy, Jens-Frederik Nielsen, wyraził to wprost, podkreślając, że Grenlandia nie jest nieruchomością na sprzedaż. To stanowisko, w połączeniu z manifestacją jedności z Danią, pokazuje, że dawne urazy schodzą na drugi plan w obliczu wspólnego zagrożenia ze strony agresywnej polityki Waszyngtonu.
„nie jesteśmy nieruchomością, którą można kupić”
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.