Niespodziewane działania Trumpa
Ostatnie dni dobitnie pokazały, że Donald Trump, zdaniem wielu, zdolny jest do działań dalece bardziej nieprzewidywalnych, niż ktokolwiek śmiałby przypuszczać. Incydent z militarnym uderzeniem na Wenezuelę i błyskawiczne "przejęcie" jej prezydenta do Nowego Jorku, niczym z kart sensacyjnego thrillera, wstrząsnął posadami politycznego status quo. Taki obrót spraw naturalnie wzbudził panikę i zaniepokojenie, szczególnie wśród europejskich sojuszników, dla których stabilność jest na wagę złota. Duńczycy mają jednak dodatkowe powody do niepokoju.
Od wielu miesięcy bowiem Trump nie ukrywał swoich imperialnych ambicji wobec Grenlandii, otwarcie deklarując chęć jej "zajęcia". Wyspa, choć cieszy się sporą autonomią, formalnie pozostaje w bliskim związku z Danią od setek lat, co stawia Kopenhagę w niezwykle niezręcznej sytuacji. Premier Danii, Mette Frederiksen, nie owijała w bawełnę, twierdząc, że słów prezydenta USA dotyczących Grenlandii nie można, niestety, traktować lekko. To nie są już tylko dyplomatyczne gierki, a potencjalnie realne zagrożenie.
"Niestety, uważam, że prezydent USA powinien być traktowany poważnie, kiedy mówi, że chce Grenlandii" - powiedziała premier Danii Mette Frederiksen.
Co grozi krajom NATO?
Gdy na jaw wychodzą doniesienia o tak drastycznych interwencjach, jak ta w Wenezueli, naturalnym jest, że mniejsze kraje sojusznicze, szczególnie te z długą historią zależności, czują rosnący niepokój. Pytanie, czy atak na suwerenny kraj staje się nową normą w polityce międzynarodowej, rezonuje coraz głośniej w stolicach Europy. Frederiksen podkreślała, że atak na członka NATO oznaczałby przerwanie wszelkich dotychczasowych zasad i porozumień, co stawia całą architekturę bezpieczeństwa pod znakiem zapytania.
Trzeba pamiętać, że marcu ubiegłego roku, w wywiadzie dla telewizji NBC, Donald Trump już wówczas rzucił hasło, które dziś nabiera dramatycznego znaczenia. Z typową dla siebie pewnością siebie oświadczył: "Będziemy mieć Grenlandię. Tak. Na 100 proc.". Wtedy mogło to brzmieć jak pusta megalomania, dziś wypowiedzi te są odbierane jako realna groźba, poparta demonstracją siły. Kontekst jest kluczowy, a po Wenezueli ten kontekst jest wyjątkowo niepokojący.
"Jeśli Stany Zjednoczone zaatakują kraj NATO, wszystko się zatrzyma" – dodała.
Czy dojdzie do siłowego przejęcia?
Pytany o scenariusz siłowego, militarnego przejęcia wyspy od Danii, Donald Trump nie wykluczył takiej opcji, choć zapewniał, że preferuje pokojowe rozwiązanie. "Nigdy nie wykluczam użycia siły wojskowej. Ale myślę, że są duże szanse, że uda się nam to bez niej" – brzmiała jego wypowiedź, która dziś jest niczym zimny dreszcz dla Kopenhagi i Nuuk. To nie tylko retoryka, to realna deklaracja gotowości do działania, jeśli dyplomacja zawiedzie.
Reakcja władz zarówno Danii, jak i samej Grenlandii, była jednoznaczna i kategoryczna. Jens-Frederik Nielsen, ówczesny premier Grenlandii, jasno postawił sprawę: "Stany Zjednoczone tego nie dostaną. Nie przynależymy do nikogo innego. Sami decydujemy o naszej przyszłości". Te słowa są świadectwem dumy i determinacji mieszkańców wyspy, którzy nie zamierzają stać się pionkami w geopolitycznej rozgrywce mocarstw.
"Będziemy mieć Grenlandię. Tak. Na 100 proc." - mówił w marcu zeszłego roku w wywiadzie dla telewizji NBC Donald Trump.
"Nigdy nie wykluczam użycia siły wojskowej. Ale myślę, że są duże szanse, że uda się nam to bez niej" - potwierdził taką opcję.
"Prezydent Trump mówi, że USA przejmą Grenlandię. Pozwólcie wyrazić mi się jasno: Stany Zjednoczone tego nie dostaną. Nie przynależymy do nikogo innego. Sami decydujemy o naszej przyszłości" - napisał wtedy na Facebooku premier Grenlandii Jens-Frederik Nielsen.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.