Spis treści
Ukraińskie elity na dnie
Gdy na froncie trwa heroiczna walka z agresorem, a obywatele znoszą trudy ciągłych nalotów i braku podstawowych mediów, ukraińskie elity, zdaje się, sięgnęły kolejnego dna. Informacja o zakrojonym na szeroką skalę skandalu korupcyjnym w sektorze energetycznym, ujawniona przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU), spadła na społeczeństwo niczym grom z jasnego nieba. To kolejna gorzka pigułka do przełknięcia po wszystkich problemach, które nękają kraj.
Wojna z Rosją to jedno, ale wewnętrzna batalia z korupcją to drugie wyzwanie, które zdaje się paraliżować Ukrainę. Ten olbrzymi proceder, grożący Kijowowi utratą kluczowej pomocy zagranicznej, a prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu erozją poparcia społecznego, budzi skojarzenia z najciemniejszymi kartami historii, takimi jak rok 2014 i bezwzględne zarobki Wiktora Janukowycza.
„Walczymy na dwóch frontach – z Rosją i z korupcją w kraju. Wygląda na to, że żaden z nich nie może opuścić Ukrainy” – mówi mi z rozczarowaniem Anna, moja znajoma dziennikarka, rankiem 10 listopada. Noc, podobnie jak poprzednie, była trudna: rosyjskie drony ponownie zaatakowały elektrownie cieplne i budynki mieszkalne. Dla wielu Ukraińców ten dzień rozpoczął się nie tylko bez prądu, który teraz jest dostarczany zgodnie z planem, ale także bez wody i ogrzewania. W obliczu niekończących się nalotów, alarmujących doniesień z frontu i doniesień o zniszczonych obiektach energetycznych, ukraińskie media zrobiły się na czerwono przez kolejną wiadomość – o śledztwie Narodowego Biura Antykorupcyjnego i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej w sprawie zakrojonego na szeroką skalę procederu korupcyjnego w sektorze energetycznym. „Ta wiadomość była jak wisienka na torcie po wszystkich innych problemach, które nas prześladują. Kiedy jedni dają ostatnie pieniądze, inni czerpią korzyści z wojny. Mimowolnie przypomnieliśmy sobie rok 2014 i to, jak dowiedzieliśmy się, ile Janukowycz na nas zarobił” – dodaje Anna.
Midas śledztwo NABU
Półtoraroczne śledztwo, ochrzczone kryptonimem „Midas”, zaangażowało niemal wszystkich agentów NABU, którzy z zegarmistrzowską precyzją zbierali dowody. Detektywi zdołali nagrać ponad 1000 godzin rozmów, które ujawniły szokujący schemat wyłudzania pieniędzy, dzięki któremu skorumpowani urzędnicy mieli zarobić ponad 100 milionów dolarów. Cały proceder dotyczył strategicznej Narodowej Spółki Akcyjnej Energoatom, odpowiedzialnej za dostawy energii dla połowy kraju.
Ujawniony mechanizm był prosty w swojej bezwzględności: od kontrahentów Energoatomu żądano łapówek w wysokości 10-15%, określanych mianem "barierki". Firmy zmuszone były płacić, aby uniknąć blokowania płatności za usługi, dostarczane produkty czy utraty statusu dostawcy. Moratorium na ściąganie należności na drodze sądowej, nałożone na Energoatom, skutecznie uniemożliwiało wykonawcom jakąkolwiek obronę przed szantażem.
„Możecie iść do sądu, sąd powie: jest moratorium, nie możecie teraz wypłacić środków z Energoatomu. Oni wykorzystali tę sytuację, aby wywrzeć presję na dostawców. Mowili: będziemy chcieli, to nie zapłacimy wam, a wy nic z tym nie zrobicie. To stało się tak okrutne w przypadku niektórych dostawców Energoatomu, że po prostu zniknęli z rynku” – powiedział detektyw NABU Ołeksandr Abakumow w specjalnym wydaniu „Ukraińskiej Prawdy”.
Kto stał za kulisami procederu?
Za fasadą legalności działała misternie skonstruowana, tajna struktura, której macki sięgały od „kuratorów” z Ministerstwa Energetyki aż po ukryte zaplecza w centrum Kijowa. To właśnie tam, w cieniu biur, prowadzono „czarną księgowość” i prano dziesiątki milionów dolarów, czyniąc z publicznych funduszy prywatną skarbonkę. Nagrania opublikowane przez NABU, choć nie zawierają prawdziwych nazwisk, posługują się pseudonimami, które rysują obraz głównych aktorów tego spektaklu korupcji.
Śledztwo wskazało, że za całym procederem, niczym marionetkarze, stali biznesmeni Timur Mindicz i Ołeksandr Cukerman, znani pod pseudonimami „Karlson” i „Sugarman”. Wśród kluczowych uczestników wymieniono również "Rocket" (prawdopodobnie Ihor Myroniuk), "Tenor" (Dmytro Basow) oraz "Rioszik" (Ihor Fursenko), którzy pełnili odpowiednio funkcje „obserwatora” Energoatomu, dyrektora ds. bezpieczeństwa oraz „głównego księgowego” odpowiedzialnego za pranie pieniędzy.
Czy byli urzędnicy są zamieszani?
Wśród podsłuchanych rozmów przewijają się także nazwiska wysokich urzędników państwowych, ukrywanych pod pseudonimami. „Profesor” lub „Sigismund” to, jak się podejrzewa, Herman Gałuszczenko, obecny minister sprawiedliwości i były minister energetyki, który został tymczasowo zawieszony. Wspomina się również o „Che Guevarze”, czyli Ołeksiju Czernyszowie – byłym wicepremierze i ministrze Jedności Narodowej, który miał otrzymać pokaźne sumy w gotówce: 1,2 miliona dolarów i prawie 100 000 euro.
Co więcej, śledztwo sugeruje, że organizatorzy tego procederu mieli mieć wpływ nawet na ówczesnego ministra obrony, Rustema Umierowa, choć ten kategorycznie zaprzecza jakimkolwiek powiązaniom. Sam "Sugarman" (Ołeksandr Cukerman) przebywa obecnie w Izraelu, gdzie bagatelizuje oskarżenia, obiecując, że „kiedyś w przyszłości” wróci na Ukrainę, co brzmi jak czarny żart w obliczu powagi zarzutów.
Kim jest Timur Mindicz?
Największe kontrowersje wzbudziło nazwisko „Karlsona”, czyli Timura Mindicza. Ten ukraiński biznesmen i producent pochodzenia żydowskiego, przez lata unikał rozgłosu, by nagle znaleźć się w oku cyklonu. Mindicz, którego związki sięgają wpływowych kręgów, w tym niegdyś z Ihorem Kołomojskim, jest postacią blisko związaną z obecnym prezydentem Wołodymyrem Zełenskim.
Ich przyjaźń, zapoczątkowana w czasach współpracy przy studiu „Kwartał 95” i w pełni ujawniona podczas kampanii prezydenckiej w 2019 roku, rzuca cień na obecne wydarzenia. Mimo zapewnień Mindicza o braku zaangażowania w kampanię, fakty mówią same za siebie: przyszły prezydent korzystał z jego samochodu, a sam biznesmen był stałym bywalcem Kancelarii Prezydenta, a ich mieszkania znajdują się w tym samym elitarnym kompleksie.
Ucieczka biznesmena Mindicza
To właśnie w apartamencie Mindicza, będącym rzekomo centrum finansowych rozstrzygnięć i podmiejskich spotkań, zainstalowano podsłuchy. Gdy agenci NABU wpadli z przeszukaniem 10 listopada, właściciela już nie zastali. Drzwi były otwarte, a śledztwo objęło kilka mieszkań, trwając ponad dwanaście godzin. Najbardziej gorzka ironia polega na tym, że Mindicz zdołał przekroczyć granicę z Polską na kilka godzin przed nalotem, a następnie, jak donoszą źródła, udał się do Izraela.
Co szczególnie bulwersujące, Mindicz skorzystał z luki prawnej, wyjeżdżając legalnie jako ojciec trójki małoletnich dzieci. Ukraińskie media sugerują, że biznesmen miał wiedzieć o planowanych przeszukaniach z wyprzedzeniem, prawdopodobnie dzięki przeciekom z Prokuratury Antykorupcyjnej. Jak zauważyło źródło w organach ścigania dla Radia NV, jego ucieczka „nie była zaskoczeniem”, co świadczy o głębokim zakorzenieniu problemu.
Prezydent Zełenski pod presją
Społeczeństwo, zaniepokojone skalą afery, z niecierpliwością oczekiwało zdecydowanej reakcji prezydenta Zełenskiego. Jego początkowa, lakoniczna wypowiedź – „Wyroki muszą być. A urzędnicy państwowi muszą współpracować z NABU” – wywołała falę oburzenia. Dopiero po dwóch dniach prezydent ogłosił sankcje wobec Timura Mindicza i Ołeksandra Cukermana, obejmujące blokadę aktywów i zakaz transferu kapitału poza Ukrainę.
Kancelaria Prezydenta z pewnością pamięta wydarzenia z lipca, kiedy to masowe protesty społeczne wymusiły na władzach utrzymanie niezależności NABU i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP). Próby ograniczenia ich działalności, zbiegające się z zatrzymaniem detektywa NABU Rusłana Maghamedrasułowa, który podsłuchiwał Mindicza, były wyraźnie powiązane z chęcią ukrócenia śledztwa w sprawie transakcji energetycznych.
Wpływy na decyzje rządu
Fakt, że nazwisko prezydenta Zełenskiego pojawia się w nagraniach NABU, tzw. „taśmach Mindicza”, stawia go w niewygodnej sytuacji. Według prokuratora SAPO, Serhija Sawyckiego, rozmowa Zełenskiego z ówczesnym ministrem energetyki Hermanem Gałuszczenką, po wiadomości od Timura Mindicza, „potwierdza wpływ” biznesmenów na decyzje rządu. To pokazuje, jak cienka jest granica między przyjaźnią a korupcją na najwyższych szczeblach władzy.
Politolog Wołodymyr Fesenko ostrzega, że sprawa Mindicza-Hałuszczenko może stać się katalizatorem wielu wewnętrznych konfliktów politycznych, szczególnie w kontekście powojennych wyborów. Główne wyzwanie polega na znalezieniu delikatnej równowagi między koniecznością pełnego śledztwa a utrzymaniem politycznej stabilności w kraju ogarniętym wojną, aby uniknąć „niekontrolowanego kryzysu politycznego”.
Czy Zełenskiemu grozi polityczne dno?
Bliskie otoczenie prezydenta, jego wieloletnie powiązania biznesowe i przyjacielskie relacje z kluczowymi postaciami zamieszanymi w tę aferę stanowią dla niego poważne ryzyko polityczne. Nie tylko Timur Mindicz, ale i Ołeksij Czernyszow, były minister Jedności Narodowej, rzekomo zawdzięczający karierę osobistemu wsparciu Zełenskiego i rekomendacji Mindicza, mogą pociągnąć prezydenta na dno.
Według "Ukraińskiej Prawdy", kryzys wywołany defraudacją budżetu przez najbliższych współpracowników Zełenskiego jest już tematem dyskusji nie tylko w Kijowie, ale także w kręgach administracji prezydenta USA, Donalda Trumpa i amerykańskiego establishmentu. Amerykańskie FBI, jak donosi Mychajło Tkacz, prowadzi już śledztwo w sprawie Mindicza i Cukermana pod kątem prania pieniędzy, co może mieć dalekosiężne konsekwencje dla ukraińskiej elity.
Międzynarodowe konsekwencje dla Ukrainy
Skandal "Midas" to nie tylko wstrząs wewnętrzny, ale i poważne zagrożenie dla międzynarodowego wsparcia Ukrainy. Unia Europejska, choć oficjalnie powściągliwa, wyraża głębokie zaniepokojenie. Kaja Kallas, wysoka dyplomatka UE, jednoznacznie stwierdziła, że „nie ma miejsca na korupcję, zwłaszcza w obecnej sytuacji na Ukrainie”, podkreślając, że środki powinny trafiać tam, gdzie są najbardziej potrzebne.
Bruksela naciska na systemowe zmiany, w tym na zachowanie niezależności organów antykorupcyjnych i rozszerzenie jurysdykcji NABU na najwyższych urzędników, w tym kierownictwo Kancelarii Prezydenta. Wszelkie próby ograniczenia NABU zostaną odebrane jako osłabienie systemu antykorupcyjnego, co z kolei może utrudnić udzielanie Ukrainie wsparcia finansowego i nałożyć dodatkowe warunki na przyszłe transze pomocy. A antyukraińscy populiści już zacierają ręce, mając w ręku konkretne argumenty do kwestionowania wsparcia dla Kijowa.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.