Skandal w prezydenckiej rezydencji
Francja znów dostarcza medialnych sensacji, co staje się już niemal tradycją. Po głośnych dyskusjach wokół pierwszej damy, perypetiach prezydenta Sarkozy'ego czy zagadkowych filmach z ukraińskich pociągów, przyszedł czas na kolejną, równie malowniczą aferę. Tym razem w centrum uwagi znalazł się Pałac Elizejski, gdzie przez długie lata rozgrywała się niecodzienna historia: systematyczna kradzież drogocennej zastawy stołowej prezydenta Emmanuela Macrona.
Jak donosi FranceTV, były pracownik prezydenckiej rezydencji z niewiarygodną zuchwałością latami wynosił za pazuchą talerze i filiżanki. Łącznie, w jego „zbiorach” znalazło się ponad sto sztuk luksusowej zastawy z Sevres, której wartość pojedynczej sztuki sięgała tysięcy euro. To nie były pamiątki dla prywatnego użytku – skradzione przedmioty trafiały na rynek poprzez zaprzyjaźnionego antykwariusza, by ostatecznie znaleźć nabywcę w postaci 30-letniego kolekcjonera z Wersalu. Sprawca, Thomas M., przyznał się do winy, twierdząc, że sytuacja zaczęła go przerastać.
Zaskakujące powiązanie z Luwrem?
W całej tej historii prezydenckich kradzieży, jest pewien „smaczek”, który sprawia, że afera nabiera jeszcze bardziej intrygującego wymiaru. Okazuje się, że ów 30-letni kolekcjoner z Wersalu, który chętnie nabywał skradzioną zastawę, pełnił funkcję ochroniarza w Luwrze. Co więcej, jego służba przypadała na okres, w którym muzeum stało się sceną jednego z najbardziej zuchwałych rabunków ostatnich lat, czyli kradzieży cesarskich klejnotów.
Ta nieprawdopodobna koincydencja rodzi naturalne pytania o ewentualne powiązania i to, czy prezydencka afera i rabunek stulecia to tylko przypadkowe zbiegi okoliczności. Część skradzionej zastawy Macrona udało się odzyskać i zwrócić do Pałacu Elizejskiego, ale ten trop do Luwru otwiera nową, być może znacznie szerszą perspektywę na francuskie podziemia kryminalne i ich zaskakujące powiązania.
Brawurowy napad na Luwr. Jak zniknęły klejnoty?
Pamięć o zuchwałym napadzie na Luwr, który wstrząsnął światem 19 października, wciąż jest żywa. Sprawcy wykazali się iście filmową precyzją, wykorzystując trwające w muzeum prace budowlane. Podjechali pod okno autem z podnośnikiem, a dwóch złodziei w odblaskowych kamizelkach, wyglądających jak członkowie ekipy, wjechało na górę i błyskawicznie dostało się do środka. Cała operacja, od wtargnięcia do ucieczki, trwała zaledwie siedem minut, co świadczy o niezwykłej profesjonalności i przygotowaniu rabusiów.
Z gablot, porozcinanych specjalistycznymi narzędziami, zniknęło osiem historycznych skarbów, w tym tiara cesarzowej Eugenii z dwoma tysiącami diamentów oraz naszyjniki ze szmaragdami. Co ciekawe, jeden z klejnotów – korona cesarzowej Eugenii – został znaleziony porzucony w krzakach nieopodal muzeum, jakby przez pośpiech lub niedopatrzenie sprawców. Po zrzuceniu auta, złodzieje z łupami czmyknęli na mopedach, zostawiając za sobą zagadkę, której do dziś nie udało się w pełni rozwikłać. Emmanuel Macron obiecywał, że "odzyszymy dzieła, a sprawcy zostaną postawieni przed sądem". Złodziei złapano, ale klejnoty do dziś nie wróciły na swoje miejsce.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.