Spis treści
Tragiczny pożar w Hongkongu
Skala tragicznego pożaru, który objął siedem 31-piętrowych wieżowców na osiedlu Wang Fuk Court w Hongkongu, jest porównywana do scen z filmów katastroficznych. Ogień, który pojawił się w ostatnią środę, 26 listopada, błyskawicznie rozprzestrzeniał się między budynkami. W wyniku zdarzenia potwierdzono śmierć 128 osób, a 200 mieszkańców nadal uznawanych jest za zaginionych.
Przedstawiciel lokalnych władz, Chris Tang, podał, że wstępne ustalenia wskazują na łatwopalne materiały zamontowane w oknach jako przyczynę tak gwałtownego rozprzestrzeniania się ognia. Pożar wybuchł w trakcie remontu budynków, a alarmy przeciwpożarowe nie zadziałały prawidłowo. Aresztowano trzech mężczyzn z kierownictwa firmy budowlanej odpowiedzialnej za osiedle, co sugeruje skrajne zaniedbania i nieprawidłowości.
William Li relacjonuje chwile grozy
Jednym z ocalałych mieszkańców jest 41-letni William Li, który podzielił się swoją historią z dziennikiem "South China Morning Post". Mężczyzna opisał dramatyczne momenty, w których stracił nadzieję na przeżycie. O pożarze dowiedział się od żony, która ostrzegła go, gdy była poza domem wraz z dwójką dzieci.
Gdy Li otworzył drzwi na klatkę schodową, zobaczył gęsty, czarny dym, który natychmiast odciął mu drogę ucieczki. Mężczyzna zdał sobie sprawę z powagi sytuacji i poczuł, że jego życie jest zagrożone. Słyszał eksplozje i widział pomarańczową łunę za oknem.
"Wtedy poczułem, że śmierć jest bardzo blisko. Czułem się przerażony i bezradny, bo wiedziałem, że nie mogę już bezpiecznie wyjść przez drzwi. Myślałem, że nic nie mogę zrobić, tylko czekać" – powiedział William Li.
Pożar wieżowców ostatnie pożegnania
W obliczu zagrożenia William Li zaczął dzwonić do bliskich, prosząc ich o zaopiekowanie się jego rodziną w razie jego śmierci. Następnie skontaktowała się z nim matka, mieszkająca w Wielkiej Brytanii, która widziała zdjęcia płonących wieżowców w internecie. Jej telefon pogłębił w nim poczucie beznadziei, choć starał się ją uspokoić.
Mężczyzna przyznał, że rozważał skok przez okno, jednak ostatecznie zdecydował się na próbę zabezpieczenia drzwi mokrymi ręcznikami. Pomoc nadeszła po około dwóch godzinach. Strażacy dotarli do jego mieszkania, oferując ewakuację przez okno.
„Powiedziałem jej, żeby się nie martwiła, ale czułem się, jakbym stał u kresu życia” – relacjonuje William Li.
William Li uratowany radość rodziny
Przed własną ewakuacją, William Li poprosił ratowników o pomoc dla swoich starszych sąsiadów, którzy znajdowali się w podobnej sytuacji. Dopiero po ich uratowaniu, sam został bezpiecznie sprowadzony na ziemię. Moment, gdy poczuł na sobie zimną wodę, był dla niego niezwykle emocjonalny i trudny do opisania.
Na zewnątrz, pod płonącym budynkiem, czekała na niego zapłakana żona. Widok ojca sprawił, że córka Williama Li głośno zakrzyknęła z ulgą. Rodzina, choć straciła cały swój dobytek w pożarze, cieszyła się, że wszyscy są bezpieczni i zdrowi.
„Zimna woda zmoczyła całe moje ciało. Emocje były przytłaczające, trudne do opisania. Ale czułem się bardzo szczęśliwy” - mówi mężczyzna.
„Tata nie umarł!” – krzyknęła córka Williama Li.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.