Spis treści
Gdańsk pamięta o bohaterach wojny?
Od czterech lat świat boryka się z brutalną rzeczywistością, a w Ukrainie, tuż za naszą wschodnią granicą, każdego dnia rozgrywają się niewyobrażalne dramaty. Jeden z nich, naznaczony osobistą tragedią, dotknął bezpośrednio serca gdańskiej społeczności. To w IX Liceum Ogólnokształcącym pracuje pani Julia Haritoniuk, której syn, 29-letni Władysław, oddał życie za wolność swojej ojczyzny, o czym szkoła poinformowała w mediach społecznościowych, budząc falę refleksji i współczucia.
Wieści o śmierci młodego człowieka, który zamiast spokojnego życia wybrał front, zawsze uderzają z podwójną siłą. Władysław, choć miał otwartą drogę do bezpiecznego bytu w Polsce, nie pozostał obojętny wobec inwazji. Jego decyzja o włączeniu się do walki jest bolesnym przypomnieniem o cenach, jakie nieustannie płaci się za wolność, i o tym, jak wojna potrafi brutalnie przekreślić wszelkie plany i marzenia.
Z Polski na front. Dlaczego podjął walkę?
Pytanie, co skłania młodego człowieka do porzucenia wszystkiego i wyruszenia w sam środek piekła, powraca w kontekście wielu podobnych historii. Pani Julia, w rozmowie z dziennikarzami „Faktu”, ujawniła, że jej syn, Władysław, przed inwazją pracował w Polsce, budując tu swoje życie. Jednak widmo rosyjskich czołgów przekraczających granicę było dla niego sygnałem, by podjąć decyzję o bezkompromisowej walce, w której wziął udział od 3 marca 2022 roku.
Trzy lata spędzone na pierwszej linii frontu to szmat czasu, który odciska piętno na psychice i ciele. Z pewnością zmienił Władysława na zawsze, przekształcając młodego człowieka z ambitnymi planami w zaprawionego w bojach żołnierza. Jego los jest świadectwem heroizmu, ale i nieodwracalnych strat, jakie wojna zadaje całemu pokoleniu, bezlitośnie niszcząc nadzieje na normalność i przyszłość.
Niespełnione marzenia i pośmiertne odznaczenia
Władysław Haritoniuk był człowiekiem wykształconym, pełnym pasji i planów na przyszłość, która miała być dzielona z narzeczoną. Marzył o wspólnym życiu, jego matka zaś widziała go w roli nauczyciela historii, dzielącego się wiedzą z młodymi pokoleniami. Te wizje zostały jednak brutalnie przerwane przez konflikt, pozostawiając po sobie jedynie smutek i poczucie straty za tym, co mogło, a nie zdążyło się wydarzyć.
„Kiedy mu je przyznawano, jeszcze żył, ale nie zdążyli mu o tym powiedzieć.”
Słowa pani Julii o odznaczeniu syna brzmią szczególnie przejmująco. Kiedy Władysławowi przyznawano medal, jeszcze żył, lecz nie było już czasu, by przekazać mu tę wiadomość. Kolejny medal, tym razem za męstwo, został wręczony już po jego śmierci, co tylko potęguje tragizm tej historii, będącej symbolem losów wielu ukraińskich bohaterów.
Mocny głos matki. Nadzieja mimo rozpaczy?
Mimo niewyobrażalnego bólu i rozpaczy po stracie syna, pani Julia Haritoniuk nie zamierza się poddawać. W jej słowach wybrzmiewa siła i determinacja, świadomość, że Władysław nie chciałby, by pogrążyła się w bezradności. To postawa godna podziwu, świadcząca o wewnętrznej mocy, która pozwala przetrwać najcięższe chwile i znaleźć sens w dalszej walce, choćby o pamięć.
„Czekam aż umrze, może coś się zmieni.”
Wypowiedziane w rozmowie z „Faktem” mocne słowa skierowane w stronę Władimira Putina są wyrazem głębokiej frustracji i rozpaczy, ale też nadziei na zmianę. Nauczycielka z Gdańska wciąż wierzy w pokój, choć z goryczą zauważa, że pomimo dyplomatycznych rozmów, rakiety nadal spadają na niewinnych ludzi. Nie zapomina przy tym o wsparciu, jakie otrzymała w Polsce, co pokazuje, że w obliczu tragedii solidarność staje się bezcenna.
Artykuł i zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję (AI). Pamiętaj, że sztuczna inteligencja może popełniać błędy! Sprawdź ważne informacje. Jeżeli widzisz błąd, daj nam znać.